Niedzielnym rankiem chmurnego listopadowego dnia wysiadłem w uśpionym jeszcze Gdańsku. Była to moja pierwsza jesienna wizyta w tym mieście. Promienie słońca rzadko przedzierały się już przez stalowe chmury, a na drzewach trzęsły się ostatnie brązowe liście szykującej się do zimowej drzemki przyrody. Kiedy przyjrzałem się twarzom zaspanych przechodniów, stwierdziłem, że byłem jedyną osobą w okularach słonecznych.
Spacer ulicami sennego miasta zakończył się w marinie, która o tej porze roku świeciła pustkami. Większość łodzi wyciągnięta na koniec sezonu, niczym niedźwiedzie, przezimować miała w rozlicznych hangarach Pomorza. Moją uwagę przykuł szczególnie Joseph Conrad, jedna z dwu ostatnich J-140 pływających pod polską banderą.
Ja jednak przez najbliższy tydzień zamieszkać miałem na innym, także znanym jachcie. O Morce, której właścicielami było już dwu słynnych kapitanów, wiele więcej na którymś ze swoich rejsów opowie pewnie sam Artur.
Oparty o balustradę naprzeciwko Żurawia, na zaokrętowanie czekałem ponad godzinę, nieświadom, iż Kapitan (pewnie od dobrych paru miesięcy) „grzeje się” już pod pokładem. Mimo pozorów lata, jakie starałem się stworzyć dzięki ciemnym szkłom okularów, było mi piekielnie zimno. By ochronić się przed nicującym wiatrem, narzuciłem dodatkową warstwę polarów i ciepłą czapkę. Tak rozpoczęło się niedźwiedzie mięso.
***
Sztorm opóźnił planowane o poranku wyjście z portu. Cumy oddaliśmy o godzinie 12:00. W Kanale Portowym minęliśmy Nabrzeże Mew, Pomnik Westerplatte oraz terminal promowy, z którego odpływałem niegdyś do Nynäshamn i na szkiery. Dalej był już tylko Kapitanat i długi Falochron Wschodni. Po niecałej godzinie wyszliśmy na Zatokę Gdańską. Siedząc w kokpicie naszej niewielkiej łupiny nurkowaliśmy pomiędzy kolejnymi grzbietami fal. Wiała mocna siódemka. Wypłynęliśmy niedaleko poza główki portu, jednak ze względu na wzmagający się wiatr i zafalowanie wydawało się, że ze wszech stron otacza nas bezgraniczne, brunatne morze. Bałtyk wypluwał z siebie czarne grzywacze. W mrowisku morza wrzała pośpieszna praca, także chłopaki walczyli ze świeżymi objawami atakującej choroby morskiej.
Komunikaty ostrzegały, iż za Mierzeją Helską wciąż szaleje sztorm. Wiał silny północny wiatr. Z chwilą dohalsowania do brzegów cypla zostaliśmy osłonięci i zyskaliśmy chwilę wytchnienia przed dalszą żeglugą w kierunki latarni Hel. Po niedługim czasie minęliśmy południową kardynałkę i ukazała się nam brama wejściowa znajomego portu. Szybkie dojście, rzucenie cum, silnik stop, lufa i już zmierzamy w kierunku Kapitana Morgana. Tam pierwsze morskie opowieści, pierwsza ryba, śledź, wódka.
Rano umyłem głowę, zjadłem jajecznicę, umyłem zęby, zdumiony stwierdziłem, że nie ma kompasu. Jest busola. Artur odpalił silnik i wyruszyliśmy w dalszą drogę.
***
Decydując się na niedźwiedzie mięso, w oczach wielu uchodzimy za nieroztropnych: „a, bo zimno, wieje porywiście, śnieg czasem popada, zima za pasem…” Sam Kapitan przedstawił nas Alicji:
- Przypatrz się dobrze, tak wyglądają wariaci.
Skąd jednak wzięło się nas aż pięciu? Cóż, wariat zawsze ciągnie do wariata.
Moją motywację pływania po morzu w listopadzie, morzu zimnym, czarnym, groźnym, kiedy noc zaczyna się po czwartej popołudniu, mogę uzasadnić odpowiadając na pytanie Hendersona Sungo, który tak pisze o swoich doświadczeniach w Afryce: „ciągle myślę o tym, że dusza śpi... i kiedy, do cholery, wreszcie się obudzi?”. Na morzu dni nie dzielą się już tylko na czas spania i niespania.
Zimne, listopadowe żeglarstwo morskie nie jest dla mnie tylko przygodą i poszukiwaniem alternatywnych przeżyć do tych, które oferuje nam szara, często bylejaka codzienność. To dowód uśpionej gdzieś namiętności oraz afirmacji natury, kiedy to opuszczamy ciepły dom, by stworzyć sobie surową rzeczywistość życia na morzu. Jest to próba wybudzania siebie i potwierdzania własnej egzystencji.
***
Sześciu mężczyzn zgromadzonych na dwunastometrowym jachcie przypomina stado niedźwiedzi zamkniętych w gawrze. Przez ten tydzień każdy z nas był do pewnego stopnia uniedźwiedziony. Jako żeglarz, nie mogę pozwolić sobie na luksus częstych kąpieli. Nie spodziewałem się jednak, że możliwości poddania się, jakże przyjemnej dla duszy i ciała ablucji, pozbawiony będę aż przez 4 dni. Okazało się bowiem, że sanitariaty wywiezione zostały z gdańskiej mariny już w połowie października. Również Hel, na którym Morka była jedynym cumującym jachtem żaglowym nie okazał się bardziej przyjazny. W zamian za brak możliwości skorzystania z łazienek dostaliśmy dziesięciozłotowy „rabat”.
W drodze z Helu do Kłajpedy, portu docelowego naszego rejsu, szczególnie przydatna okazała się zamontowana na Morce szpryckapa, która chroniła obserwatora przed nacierającymi dziadami, przeszywającym boreaszem oraz deszczem, który tylko raz w przeciągu tygodnia pozostawił po sobie tęczę. Z tej półtoradniowej przeprawy na Litwę szczególnie przyjemnie wspominam nocne bajania z resztą niedźwiedzi. Okazało się m.in., że córka naszego Pierwszego to dziewczyna, z którą parę lat wcześniej zaczynałem moją przygodę z żeglarstwem w Polańczyku na Jeziorze Solińskim. Oklepane to powiedzenie, ale w tym przypadku jak najbardziej trafne: mały jest nasz świat.
***
Wyznacznikiem życia żeglarza jest pora karmienia.
***
Żeglarstwu bałtyckiemu w listopadzie towarzyszy wisząca stale pod dziurką od nosa kropelka kataru.
***
W Kłajpedzie do wypełnienia mieliśmy tylko jedną misję: cepeliny, paluchy w czochu, świńskie uszy i starka na jedną nogę. Nasz plan został niespodziewanie całkowicie zmodyfikowany. Wypłynięcie z portu opóźniło się o parę godzin, z powodu gwałtownego sztormu!
Kiedy myślę o wczasach w Egipcie przed oczyma stają mi piramidy, kiedy znajomi przyjeżdżają do Krakowa pokazuję im Wawel, Sukiennice i Kazimierz, z wycieczki z Meksyku przywiózłbym sombrero. Co jednak charakterystycznego jest w niedźwiedzim mięsie? Otóż, niedźwiedzie polarne kąpią się w morzu! Również na naszym listopadowym rejsie nie zabrakło kąpieli bałtyckich. Dziękuję za pomoc Krzychowi.
Piątego dnia rejsu pożegnaliśmy się z Kłajpedą. Odpływaliśmy w nocy, na deku zalegał śnieg, keja pokryta była śliską warstwą lodu, dął przejmujący wiatr, a ręce w takim mrozie odmawiały posłuszeństwa podczas pracy na cumach. Tak rozpoczął się odwrót. Po całej nocy i dniu żeglugi z wiatrem zakończyliśmy rejs w Górkach Zachodnich. Był to bardzo udany tydzień.
Ostatniego wieczoru, jak przystało na prawdziwe drapieżniki, zjedliśmy kurę. Ha, co to była za kura! W bakiście pod koją Pierwszego ostał się jeszcze niemal nietknięty zapas piwa i mimo zmęczenia naszego Pierwszego Oficera, Michała, sympozjum z udziałem Kapitana trwało do wczesnych godzin porannych. Wszechstronność załogi ostatniego w tym roku rejsu Morki odzwierciedliła się w wielości tematów, które przewijały się przez te parę dni żeglugi. Nie zabrakło rozpraw na temat efektu bańki gospodarczej, debaty o patriotyzmie, polityce, prawiliśmy o kobietach, literaturze, muzyce. I znowu o kobietach. Szczególnie przyjemnie wspominam nasze rozmowy o polskim romantyzmie, „Kordianie”, literaturze rosyjskiej, Dostojewskim, Pasternaku. Były to dla mnie chwile szczególnie cenne. Mimo iż z Arturem zgodziliśmy się, że do naszych literackich gustów zdecydowanie bardziej przemawia Słowacki niż Mickiewicz, to jednak temu krótkiemu opowiadaniu postanowiłem nadać tytuł wiersza autorstwa właśnie Mickiewicza. Jest to mój ulubiony liryk lozański: „Nad wodą wielką i czystą”.
***
Kiedy wyjeżdżaliśmy z Górek kierując się w stronę gdańskiego dworca, spotkaliśmy stado dzików buszujących w okolicznych zaroślach. Były zupełnie oswojone, chrupały odpadki rzucane przez panie ze sklepu, Artur powiedział, że można by nawet pogłaskać je po głowie. Byłoby to kolejne niezwykłe doświadczenie nabyte dzięki obcowaniu z przyrodą, z żeglarstwem.
***
W dzień po powrocie do Krakowa odczytałem maila od przyjaciela z Gdańska. Pisał on w liście, że w czasie mojego tygodniowego rejsu kilkakrotnie przychodził nad falochrony, zastanawiając się, gdzie też tym razem wiedzie nasz kurs? Próbuję wyobrazić go sobie wpatrzonego w czerń jesiennego morza. Mimo szalika i ciepłej kurtki, zimne podmuchy zapewne przenikają i nicują, wdzierając się w niewielkie szpary niedopiętych zamków. To niewidzące spojrzenie charakterystyczne jest dla żeglarza zapatrzonego w odległy horyzont, w którego sercu nigdy nie cichnie tęsknota za morzem. Drzemie, lecz raz rozbudzona, nie daje się już niczym ukoić: „Mnie płynąć, płynąć i płynąć -” .