Nasza trasa wiodła z Cuxhaven na Helgoland i z powrotem w stronę Kanału Kilońskiego do Kilonii, a dalej przez wody Bałtyku do któregoś z niemieckich portów i do Świnoujścia.
Słaba dwójka, która w pierwszy dzień towarzyszyła przeprawie z Cuxhaven na Helgoland nie pozwoliła w pełni cieszyć się żeglugą. Przez większość czasu płynęliśmy jednocześnie pod „burą suką” szkarłatną genuą Jagiellonii oraz na odpalonym silniku. Na Helgoland dotarliśmy późnym popołudniem. Okazał się on miejscem niezwykle urokliwym. Już z oddali moją uwagę przykuły grube falochrony, które bronić miały wyspę przed częstymi w tych regionach sztormami. Przypominały wysoki mur okalający miasto niczym twierdzę. Również sama historia tego obszaru była burzliwa. W artykułach o Helgolandzie czytałem, że wyspa wielokrotnie przechodziła z rąk niemieckich do duńskich, z duńskich do niemieckich, także Brytyjczycy po wojnach napoleońskich panowali tu przez kilka dziesięcioleci.
Kolorem dominującym na wyspie była czerwień. Skały Helgolandu to bowiem czerwone wapienie. Czerwony był również zachód słońca nad wysokimi klifami, czerwona była whisky, którą w rozsądnej cenie, zakupiłem w sklepie wolnocłowym. W końcu szkarłatne były żagle innego polskiego jachtu cumującego wówczas w marinie. Był to piękny, stalowy kecz bermudzki, przy którego burcie stała nasza Jagiellonia. Jacht ów nazywał się Brego.
Po opuszczeniu Helgolandu i ponownym postoju w Cuxhaven obraliśmy kurs na Kanał Kiloński. Zgodnie ze wskazówkami tabeli pływów wychodziliśmy z portu w nocy. Odejście przypadło na moją wachtę. Po prawej burcie mrugały czerwone światełka ciągnącej się kilometrami farmy elektrowni wiatrowych. Jagiellonia trzymała się prawej strony farwateru. Nawigacja nie nastręczała większych trudności, płynęliśmy od zielonej boi do następnej zielonej boi i tak aż do śluzy w Brunsbüttel, będącej wejściem do Kanału.
***
Niesienie żagli na odcinku 98 kilometrów Kanału Kilońskiego ograniczone jest tylko do roli pomocniczej, stąd przeprawa do Holtenau był to hałaśliwy motorsailing. Idąc baksztagiem przy warkocie kataryny, wspomagani przez małego foka, na fale bezana wieszaliśmy czarny stożek. Zachodnią śluzę przekroczyliśmy we wczesnych godzinach porannych, dzięki czemu pośpiech nie był konieczny. Po krótkim postoju w marinie w Rendsburgu kontynuowaliśmy motorowodniakowanie. Po wyjściu wachta pierwsza przyrządziła znakomity gulasz.
Sceneria wzdłuż Kanału przecinającego Meklemburgię z południowego zachodu na północny wschód była malownicza. Łąki, pola, pasące się krowy, szuwary, wodne ptactwo. I jednocześnie w odległości kilkunastu metrów mijające nas statki-giganty. Wieczorem w Holtenau minęliśmy śluzę, by wpłynąć na zielone wody Zatoki Kilońskiej.
Noc spędziliśmy w Kilonii, w której najprzyjemniej wspominam ciepły, długi prysznic. W odległym od Kilonii o 20 km Laboe zwiedziliśmy stojącego na plaży U-995 oraz muzeum niemieckiego oręża. Z dachu tego liczącego kilkanaście pięter wieżowca rozciągał się widok na Zatokę Kilońską. Mimo zacinającego zimnego deszczu oraz przeszywającego wiatru, nie zabrakło amatorów kite-surfingu, których wyczyny wyglądały imponująco.
***
Przeprawę z Laboe do Sassnitz wspominam jako najprzyjemniejszy pod względem żeglarskim etap naszego rejsu. Po całonocnej spokojnej nawigacji, w której szczególnie pomocny okazał się Pas Oriona, powitał nas nowy, wietrzny dzień. Od samego rana dął umiarkowany, w porywach świeży wiatr. Na genui i grocie szybko przemieszczaliśmy się na wschód. Dżentelmeni pływają przecież baksztagami, jak mawiał pewien znajomy kapitan.
Na północ od wyspy Rugii w jednej z licznych zatoczek naszym oczom ukazała się fregata stojąca wówczas na kotwicy. Moje przypuszczenia potwierdził głos w VHF-ce, który chwilę potem wywołał Dar Młodzieży. Żaglowiec, niejako przyjmując rzucone mu przez nas wyzwanie, postawił żagle na wszystkich trzech masztach, zerwał kotwicę i ruszył w kierunku przecinającym nasz kurs. Pierwszy szybko podjął decyzję o uruchomieniu bezczynnego tego dnia bezana. Tak przez kilka najbliższych godzin na komplecie żagli przemykaliśmy wzdłuż kredowych, mlecznobiałych wybrzeży półwyspu Jasmund.
Do Sassnitz leżącego na północnym wschodzie Rugii weszliśmy późnym popołudniem. Wydawało się, że Niemcy wcześnie w tym roku zakończyli sezon żeglarski. Poza kilkoma jachtami niewiele jednostek stało wówczas w naszym sąsiedztwie. Wieczór był wyjątkowo chłodny. Jesienny wiatr o zapachu ryb wiał nieprzerwanie od kilkunastu godzin. Niebo przybrało barwę ciemnogranatową, także morze czarne i zimne wieszczyło rychłe już nadejście jesieni. W zatoce nieopodal mariny, na kotwicy drzemał jasno oświetlony Dar Młodzieży.
***
Po wyjściu z Sassnitz, zgodnie z planem Kapitana, ostatnim portem przed wpłynięciem na Zalew Szczeciński miało być pobliskie Peenemünde. Pech jednak chciał, że już na farwaterze przytrafiła nam się awaria silnika. Jako filolog nie podejmę się fachowego opisania, co złego stało się z mercedesem Jagiellonii, lecz nawet tak dzielna załoga, która płynęła wówczas z Cuxhaven nie zdołała przywrócić go do życia na wodzie. Zmuszeni zrezygnować z odwiedzenia Peenemünde obraliśmy kurs na Świnoujście. Kapitan Michał podjął decyzję o dojściu na żaglach. Mimo iż prognoza przestrzegała przed silną siódemką, do kei dobiliśmy przy niemal bezwietrznej pogodzie, po ponad godzinnej halsówce w porcie Świnoujścia. Nasz rejs był prawie zakończony.
Tego wieczoru po raz kolejny przyszło mi zmierzyć się z wachtą kambuzową. W bakistach Jagiellonii poza ziemniakami i cebulą pozostało już niewiele przysmaków. Tak narodził się pomysł przyrządzenia frytek. Z pomocą przyszła wówczas wachta pierwsza, zdecydowanie najbardziej utalentowana pod względem kulinarnym. Owocem kuchennych zmagań była potrawka z ziemniaków, smakowite puree ze znakomitym sosem w wykonaniu kuchareczki Magdy. W nocy nie brakowało tańców ani napojów. Były to istne bachanalia. Gdy obudziłem się rankiem następnego dnia przed dziobem stał Kapitan Głowacki. Nawet takie osobistości pojawiły się na wieczorze kapitańskim Jagiellonii.
***
Ze Świnoujścia wyjechaliśmy późnym wieczorem. Byłem wyjątkowo zmęczony. Przetrwaliśmy w końcu bardzo barokowy wieczór oraz całodniowe klarowanie jachtu. Hektolitry piwa, jakie wypiłem snując się tego dnia po marinie również nie pomogły mi odzyskać witalności.
Chyba każdy z nas czuł smutek, że kończy się nasza tygodniowa przygoda.
Podróż do domu zapowiadała się przyjemnie. Mieliśmy wygodne miejsca leżące, baterie piw, kilka puszek sardynek i pasztetu. Miała to być zwyczajna droga do domu. W Szczecinie wysiadłem jeszcze na chwilę, by dokupić ciepłe jedzenie, którego domagała się wygłodzona załoga. Wydawać by się mogło sama proza… ale nie do końca.
Kiedy wróciłem do przedziału, na pustym do tej pory miejscu ujrzałem kobietę zdumiewającej urody. Karolina - niewysoka blondynka, Pomorzanka z Koszalina, absolwentka medycyny - urzekła mnie swoim urokiem i subtelnością. W każdym słowie, które wypowiadała i w każdym jej geście było coś czarującego. Nie mogłem się oprzeć, uznałem, iż muszę poznać miłą panią doktor. Pomyślałem jednak: nieogolony od tygodnia, poobijany na granatowo po tańcach minionej nocy, pachnący chmielem. Nie pasowało to do delikatnej, jak mi się wydawało, natury pięknej pani.
Postanowiłem odczekać aż mój marynarski zapach ulotni się wraz z nadejściem poranka i otwarciem okien. Wtem, przyszedł mi do głowy niecodzienny pomysł. Zapragnąłem wysłać Karolinie kartkę. Wszak wymiana korespondencji nie wymagała ode mnie szczególnej elokwencji. Do książki, którą trzymałem w podręcznej torbie włożyłem wcześniej kartkę z czerwonymi wapieniami Helgolandu. I oto znalazłem najlepszego dla owej pocztówki adresata. Wdrapałem się na moją górną przedziałową koję, wyciągnąłem wspomnianą kartkę, wygrzebałem długopis. Byłem gotowy poddać się późnej, liryczno-erotycznej twórczości… Niestety zasnąłem. Chciałoby się rzec „nagle”. Nagle do swojego królestwa porwał mnie Morfeusz.
Nie muszę dodawać, że Karoliny nie spotkałem już nigdy więcej. Był to bardzo przyjemny epizod mojej krótkiej, acz w pełni udanej historii północnej.