![]() |
||||||||||
|
|
||||||||||
|
|
||||||||||
|
|
||||||||||
|
||||||||||
|
|
||||||||||
|
|
||||||||||
|
|
||||||||||
|
|||||||||||
|
Marceli Bieliński W mordę wind, czyli owoc zakazany Morze? - Po prostu jest! Jak koń w 19-to wiecznej encyklopedii: jakie jest, każdy widzi! Żeby pokusić się na żeglarski wyczyn, trzeba urodzić się i wychować z dala od niego. Wtedy tylko, zbliżając się pierwszy raz do plaży, poczujecie jego zapach i zauroczy was odległy horyzont. Wrażenia te zabierzecie ze sobą do domu i staną się nostalgicznymi wspomnieniami nasilającymi chęć zajrzenia dalej. Za tą wodę. Dla mnie, kołysanego w dzieciństwie szumem fal, świat zbudowany jest bardzo prosto: jest morze, za morzem normalny, wielki świat... i reszta. Zawsze, gdy przemieszczam się przez rozległy, stały ląd ulegam swoistej klaustrofobii. Napotkana inna duża woda uspakaja mnie na chwilę, jednak bezpieczny cel podróży to bliskość morza. Jako dzieci, na obozach wędrownych w górach planowaliśmy trasy od strumienia do rzeki, a na wierzchołki wchodziliśmy tylko po to, aby popatrzyć w stronę morza (choć wiedzieliśmy, że go nie zobaczymy!). W Hamburgu czułem się dobrze... nad Łabą - istną autostradą dla wielkich statków. I tak przejdziemy do następnego paradoksu! Możliwość uprawiania żeglarstwa w PRL-u była teoretycznie żadna. Niemożliwość uzyskania norweskiej (i jakiejkolwiek) wizy, zmuszała do omijania jej długiego wybrzeża szerokim łukiem, co skutkowało osiąganiem najwyższych szerokości geograficznych jachtami wcale do tego nieprzystosowanymi: drewniane kadłuby pozbawione ogrzewania, cherlawe i nigdy niedziałające silniki ... . Żeglarze ci przetarli szlaki - zwłaszcza mentalne, które jeszcze dziś owocują pięknymi wyprawami do Arktyki i na Antarktydę. Mój Gdańsk leży nad morzem, lecz żeglarskie morze zaczyna się w Lublinie, Bydgoszczy, Krakowie, Warszawie i... Innym wyzwaniem godnym pokonania był wtedy brak dewiz (5,60 zł za godzinę pracy i... 1 $ = 114zł). Powodował konieczność pływania od burty do burty Polskich i Radzieckich statków rybackich. Gwoli przypomnienia, nazywało się to życzliwość! Jak już udało ci się zdobyć paszport i jakąkolwiek wizę, jak już poświęciłeś swój wolny czas (a było go więcej) na remont, lub budowę jachtu, jak bardzo chciałeś należeć do braci żeglarskiej to z gołym tyłkiem wyruszałeś w wielką niewiadomą, która zwykle kończyła się szczęśliwie. Ta umiejętność daje nam dziś odwagę radzenia sobie w całkowicie komercyjnym oceanie. Wypłynąłem i ja. Całkiem niechcący! W morzu nie widząc nic nadzwyczajnego (choć ciągle dumny z tego, że ono jest... i nasze!), nie mając zielonego pojęcia o pływaniu z pomocą wiatru, w wieku 12-tu lat znalazłem na śmietniku jakiegoś klubu wykasowaną, znaczy się porąbaną łódkę. Była tak piękna jak porąbana! Wstawiłem nowy tył, nowy przód. Poodcinałem to, co wystawało do przodu i tyłu poza te wstawione ścianki, a na dziury po bokach nabiłem deski. Płaskownik na spodzie łódki pokazywał jak wyglądała ta decha, którą przytrzymywał. Zrobiłem i to, ściąłem tuję ze starego, poniemieckiego cmentarza i przerobiłem na maszt ... Teraz to mogę powiedzieć, że łódka miała konstrukcję skorupową z poszyciem na zakładkę, że stewa i pawęż nie istniały i wstawiłem tam nowe pawęże, skracając w ten sposób łódkę do 4,2 m. Na dziury założyłem nowe planki na zakładkę. Była bezpokładowa. Tata załatwił mi stare żagle od słonki i miejsce w ośrodku wczasowym nad jeziorem. Tam, podpatrując „pirata”, wykonałem ster, bom, wanty i sztag. Noce miałem nieprzespane. W snach, ciągle szykowałem się do podróży! Dręczyło mnie pytanie: jak wrócę pod wiatr? Śniły mi się te kilometry... szpar do zatkania szpachlówką olejną. Palce od tego krwawiły! Pomalowana łódka spłynęła wdzięcznie na wodę i... natychmiast utonęła. Zrezygnowany siedziałem na brzegu, gdy przechodzący rybak z pobliskiej wioski rzucił od niechcenia: „trzeba by to udychtować”. - A skąd ja teraz wezmę tyle dykty? Gdy sprawa się wyjaśniła, upychałem bawełniany sznurek śrubokrętem. Noce były jeszcze straszniejsze, bo nie miałem nadziei na koniec męczarni. Dręczyła mnie też możliwość wywrotki. - Po jeziorze w tym czasie jeszcze nikt nie pływał. Któregoś dnia, na przełomie kwietnia i maja, mój jacht spłynął na wodę i naturalnie utonął. Szczęście mi jednak dopisało, bo ten sam rybak pocieszył mnie: „zostaw do jutra to nasiąknie”. Rano wybrałem wodę wiadrem. Po południu jeszcze raz, a wieczorem tylko 4 wiadra. Drżącymi rękami postawiłem żagle. Wiatr wiał z prawej strony wzdłuż jeziora. Założyłem, że przepłynę je w poprzek tak, aby nie pójść z wiatrem. Wybrałem szoty i łódka raźnie ruszyła do przodu. Na środku jeziora przeraził mnie ogrom wód i w tym momencie ster, wykonany z sosnowej deski, po prostu wypłynął. Nie wiem jak, z szarpiącym i lawirującym sterem pod pachą, udało mi się dotrzeć tam, gdzie zamierzałem. Była tam na 2 metry płycizna i dno gwałtownie opadało. Łódka miała zanurzenie ok. 70 cm i odwróciwszy ją skośnie rufą do brzegu a dziobem pod wiatr, usiłowałem założyć ster. Kilkanaście razy, zanim wskoczyłem do łódki, ster wyskakiwał. Łódka dryfowała wtedy na zawietrzną, podciągałem ją pod ciągle tężejący wiatr i zaczynałem od nowa. Aż wreszcie ruszyłem! W lewej ręce trzymałem szoty foka i grota, w prawej ster na swoim miejscu i płynąłem... za łódką! Z dalszej perspektywy wszystko wydało mi się dużo prostsze. Zauważyłem, że poluzowanie szotów powoduje wstawanie łódki z przechyłu, skręcenie pod wiatr dawało ten sam efekt. Gdy spojrzałem na brzeg, stwierdziłem, iż udaje mi się płynąć pod wiatr. Ten problem miałem już z głowy! Choć woda była przeraźliwie zimna a z pomostu ośrodka wydzierał się na mnie kierownik ośrodka to płynęło się fajnie. Nic to, że od ojca też mi się pewnie dostanie? Jest super! Do pomostu podszedłem szerokim łukiem, pochylając łódkę tak, by prześlizgnąć się kilem nad mielizną i dojść pod wiatr. Gdy dobiłem zatrzymując mój JACHT na 5 cm przed pomostem, kierownik zamilkł i natychmiast odszedł. Zapomniałem: ojciec wyraźnie mi zabronił... Ahoj! |
|||
|
|
|
|
|
|