Był koniec kwietnia. Dął łagodny i orzeźwiający Zefir. Zefir w mitologii był zwiastunem wiosny. W Gdańsku wiosna rzeczywiście zadomowiła się już na dobre. Wraz jednak z upływem dnia pogodne i spokojne niebo zasnuwało się ciemnymi chmurami. Granatowe kowadło cumulonimbusów wieszczyło gwałtowną zmianę aury.
Zaokrętowanie miało odbyć się w Górkach Zachodnich wieczorem. Celem naszej wyprawy była Gotlandia oraz porty Cieśniny Kalmaru. Gdyby jednak dobrze się zastanowić - czy wyspa była rzeczywiście celem? Tage Voss snując podobne refleksje użył innego określenia. Ląd, który wyłania się zza horyzontu nazwał pretekstem i stacją na drodze. Podobnie było i w moim przypadku. Gotlandia, Bornholm, Sassnitz, Lipawa kto wiedział, jakie wiatry miał podarować nam w najbliższych dniach Eol? Żegluga była celem samym w sobie. Nic nie zastąpi przecież wędrówki po modrym morzu, pod chmurą żagli, w szumie fal, w spokoju zmierzchów, w gwizdach wiatru w olinowaniu, w krzykach przelotnych kormoranów. Nic nie zastąpi twardej koi, do której po skończonej wachcie wciska się jak do trumny. Nic nie zastąpi zachodów, gdy brunatne morze zlewa się z czernią widnokręgu, i wschodów, gdy ogromna czerwona tarcza wznosi się nad horyzont, zapala morze, a potem nastaje świt w odcieniach rubinu…
Tak zapamiętać miałem nadchodzące dziesięć dni.
***
Cumy oddaliśmy w sobotę o poranku. Było ciepło i słonecznie jak przystało na weekend majowy. Brakowało jednak wiatru. Słaby północnowschodni powiew nie pozwolił osiągnąć zawrotnej prędkości, stąd pokonanie jakichś 140Mm w drodze na północ zajęło nam niespodziewanie aż dwa i pół dnia. Rozleniwiające podmuchy słabego wiatru, ciepły obiad i łagodne kołysanie uśpiły mnie na burcie, wciśniętego gdzieś między wanty a relingi. Wtem z popołudniowej drzemki gwałtownie wyrwał mnie dźwięk gitary i znajome słowa szanty. To Leszek, nasz Pierwszy postanowił zmącić ciszę na środku Bałtyku. Jakże było się gniewać, to przecież Jasnowłosa: „czy jak syrena wyszła z morza, czy ją przygnał wiatr?”.
Spokój tej statecznej żeglugi zakłócony został tylko raz. Siedząc w mesie usłyszałem w UKF-ce złowróżbne: „Mayday, mayday, mayday…Man overboard. My position is…”. To prom Scandinavia wzywał pomocy. Był jednak zbyt daleko, morze było za zimne, a noc za ciemna…
Zaoczenie Gotlandii nastąpiło w poniedziałek przed południem. Przed dziobem coraz wyraźniej ukazywał się Revet - południowy cypel wyspy z pnącą się wysoko ponad zarys lądu białą wieżą latarni Hoburg. Wpływając do Zatoki Burgsviken mijaliśmy setki generatorów wiatrowych. Część słupów tej wielkiej farmy wiatraków ustawiona była w morzu. Szybkie obroty podniebnych śmigieł najlepiej świadczyły, że z chwili na chwilę wiatr tężeje. Banderka Białego Wieloryba zawieszona pod lewym salingiem wreszcie mogła dumnie załopotać. Do Burgsvig, pierwszego portu naszej wyprawy, wpływaliśmy przy północnowschodniej piątce dopychającej nas do kei. W dojściu przeszkadzała też szamocząca się na sztagu genua, której nie udało się zwinąć z powodu zbyt krótkiego fału rolera. Nasza Bawaria44 była wówczas jedynym jachtem goszczącym w marinie. W godzinę po nas zacumował jednak jeszcze jeden polski jacht. Było to kilku chłopaków, których widzieliśmy wcześniej w Górkach.
***
Z samego miasta najprzyjemniej wspominam piękną i miłą barmankę (brunetkę!) oraz pierwszy łyk zimnego piwa podanego mi przez nią do stołu.
***
Klimat szwedzki jest w porównaniu z polskim bardziej surowy. Odniosłem wrażenie, że wiosna była tam spóźniona o jakiś miesiąc. Choć mroźna zima trwała w tym roku wyjątkowo długo, lasy i łąki w rodzinnym Krakowie zdążyły się już soczyście zazielenić. Na Gotlandii natomiast wciąż panowało blade przedwiośnie. Także sezon żeglarski u naszych północnych sąsiadów najwyraźniej się jeszcze nie rozpoczął.
***
W nocy silne wiatry północne ustały. Wypłynęliśmy rankiem. Ominęliśmy wystające z morza wysokie wiatraki i pożeglowaliśmy na północ. Droga do Visby była to spokojna podróż południowozachodnim półwiatrem, a po odkrętce południowym baksztagiem. O 1400, kiedy wyszedłem do kokpitu i przejąłem wachtę od pierwszego oficera, pod brzuchem genui ukazał mi się zarys dwóch wysp. Były to Stora Karlsö i dużo mniejsza - Lilla Karlsö. W przewodniku Kulińskiego po Gotlandii wyczytałem, iż są to rezerwaty przyrody, gdzie cumowanie i kotwiczenie jest dla żeglarzy zabronione. I rzeczywiście wyspy były dla zwierząt oazą spokoju. Na lądzie nie udało mi się dojrzeć żywej duszy. Szczególnie zadowolone ze swojej pustelni wydawały się chmary krążącego wszędzie wokół ptactwa.
Przez lornetkę przyglądałem się tym czarnym minipingwinom. Obsiadły klify, drzewa, zwalone przez wiatr konary oraz wystające z Bałtyku kamienie, na których żywot zakończyła już pewnie niejedna łódka. Krajobraz wysp zdobiły także wykute w wysokich skałach wybrzeża liczne jaskinie. Na północnym cyplu wyspy dojrzałem jeszcze przypominającą kopułę kościoła zieloną latarnię morską, wyrastającą z dachu białego pałacyku.
***
Wieczór przyniósł gwałtowne ochłodzenie. Mimo że ogrzewał mnie sztormiak i potrójna warstwa polarów, było mi zimno. Przenikliwe arktyczne powietrze przegoniło pod pokład całą załogę z wyjątkiem wachty służbowej. W koi na rufie ustami puszczałem dymki niczym z kubańskiego cygara.
W nocy na farwaterze Visby zrzuciliśmy żagle, kapitan odpalił katarynę i rozpoczęło się wypatrywanie nabieżników. Za główkami mariny wyprzedziliśmy płynący na żaglach drewniany dwumasztowiec. Minęliśmy też olbrzymi prom kursujący z Visby do Nynäshamn, przycumowany obecnie do nabrzeża. Weszliśmy do portu, stanęliśmy longside, kapitan odstawił silnik. Moje przypuszczenia potwierdziły się w świetle latarni, kiedy na flagsztoku płynącego pod żaglami jachtu ujrzałem polską banderę. Kto bowiem żegluje po Bałtyku tak wcześnie? I komu awarie silnika przytrafiają się tak często? Pół roku temu podobna historia spotkała mnie na innym opalu, Jagiellonii, należącej do Krakowskiego Yacht Clubu. Tym razem był to Wars.
Czekała nas jeszcze długa noc. Wypiliśmy smakujące płynami z zęzy piwo. Potem wyciągnąłem następne. Pierwszy wyciągnął gitarę. Damian wyciągnął whisky. Przy odgłosach strug deszczu uderzających o dek urządziliśmy koncert piosenki żeglarskiej.
***
O poranku w drodze do portowych natrysków zaskoczył mnie deszcz, który przemienił się w lodowaty deszcz ze śniegiem.
***
Miłą niespodzianką okazała się dla mnie obecność w Visby sklepu w Systemie Bolaget. Mogliśmy dzięki niemu uzupełnić zapasy złotych i białych napojów.
***
Droga z Visby do Cieśniny Kalmaru także nie postawiła przed nami większych wyzwań. Majowe blade słońce wieczornej wachty chyliło się już ku zachodowi, a grafitowe morze szarzało wraz z pogłębianiem się nocy. Mijały nas rozświetlone promy, kutry rybackie oraz pędzące statki. Znacznym utrudnieniem podczas pływania po zmroku był brak podświetlenia busoli. Na niebie nie było tej nocy gwiazd, w drodze na południowyzachód nie mieliśmy także pomocnych w sterowaniu brzegowych znaków nawigacyjnych. Problem trzymania stałego kursu rozwiązała dopiero czołówka z lampką zaświeconą dla oszczędności na czerwono. Do północnego cypla Olandii płynęliśmy półwiatrem, potem baksztagami. Sprzyjał nam również kierujący się na południe prąd Kalmarsundu.
Mimo precyzyjnych informacji o wysokości przejścia pod Mostem Olandzkim(36 metrów) łączącym Kalmar z zachodnim wybrzeżem Olandii, żegluga między kolosalnymi filarami mostu nie była pozbawiona dreszczyku emocji. Za Ölandsbron płynęliśmy dalej torem wodnym Cieśniny Kalmarskiej kierując się na białą wieżę pilotową. Pozostało jeszcze skręcić w prawo i naszym oczom coraz wyraźniej ukazywał się port i miasto Kalmar. Do kei doszliśmy dziobem, cumy rufowe obłożone zostały na boi manewrowej.
Szybki zwiad przyniósł radosną nowinę o łazienkach z nieograniczoną (!) ilością ciepłej wody oraz o saunie wliczonej w cenę serwisu w marinie.
***
W mieście warty zobaczenia był wybudowany w XII w. i przebudowany przez Wazów w XVI w. w stylu renesansowym zamek kalmarski. Forteca od początku pełniła funkcję granicznej warowni broniącej południowej Szwecji przed najazdami z Danii. Zamek znany jest jednak przede wszystkim jako miejsce podpisania w 1397 r. Unii kalmarskiej między Danią, Norwegią i Szwecją, jednoczącą te państwa pod władzą jednego, wspólnie wybieranego monarchy.
Wrażenie wywarły na mnie także niektóre eksponaty z Kalmarskiego Muzeum Lansu (Kalmar läns museum). Większość z nich pochodzi z wraku jednego z największych i najlepiej uzbrojonych w szwedzkiej flocie okrętów, który zatonął podczas bitwy u wybrzeży Olandii w 1676 r. Okręt ów zwał się Kronan. Z krótkich projekcji bitwy morskiej pod Olandią i podpisów pod gadżetami muzeum dowiadujemy się w jaki sposób Kronan poszedł na dno. Podczas zwrotu wykonywanego w znacznym przechyle, przez bulaje, z których wystawały armaty, do wnętrza okrętu zaczęła wlewać się woda. Tak doszło do odpalenia amunicji, a następnie wybuchu, który zniszczył statek i pchnął okręt na dno wód Kalmarsundu.
***
Powrót do domu został zaplanowany na piątek. W drodze do Górek Zachodnich chcieliśmy wstąpić jeszcze na Hel na biesiadę u Kapitana Morgana. Wydawało się to wykonalne, jako że do Polski mieliśmy płynąć z północnym boreaszem prognozowanym na 5 7º w skali Beauforta. Z Kalmaru wychodziliśmy po ciepłym posiłku, dobrze zasztauowani, z pełnym bakiem wody. Wiała mocna szóstka. Za główkami portu postawiliśmy marszowego foka i tak rozpoczął się odwrót na południe.
Po jakiejś godzinie, jeszcze w Kalmarsundzie, wiatr zaczął się wzmagać. Fale w kolorze butelkowej zieleni osiągały wysokość od dwóch do czterech metrów. Coraz większe masy piany zdmuchiwane były z załamujących się grzbietów fal. Postanowiłem zdrzemnąć się przed objęciem wachty o północy.
Wstałem ponownie o 23:30. Mimo baksztagu, nasz przechył znacznie wzrósł. Ubrałem sztormiak, czapkę i pas asekuracyjny. Sprawdziłem nasze położenie na mapie i stwierdziłem, że wypłynęliśmy już z osłoniętych wód cieśniny. O 0000 zmieniliśmy pierwszą wachtę, która zmęczona i mokra schowała się pod pokładem.
Zimny, rzęsisty deszcz znacznie ograniczał widoczność. Spojrzałem na anemometr, który wskazywał prędkość ponad 30 węzłów. Manewrowanie komplikował także fakt, iż przecinaliśmy ruchliwą w owym momencie „rutę” statków. Parokrotnie zmienialiśmy kurs, by uniknąć starcia z niewidzącymi nas pędzącymi gigantami. Wiatromierz wskazywał 35 37 węzłów. Po niecałej godzinie przy sterze byłem kompletnie przemoczony. Marcin prowadził obserwację. Zmienialiśmy się co godzinę.
Morze kipiało, wysokie niczym pagóry długie fale doganiały nas i znikały w mroku po zawietrznej. Deszcz zacinał coraz intensywniej. Komunikacja między sternikiem a obserwatorem chroniącym się pod szpryckapą odbywała się za pośrednictwem okrzyków bojowych:
- Trzymasz 130?!
- Trzymam!
- Zimno, k…!
- Ja p… ale zimno!
Pamiętam jednak, że kiedy spoglądałem na twarz Marcina co rusz kontrującego natarcie fali, widziałem na niej satysfakcję. Ja też czułem, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym. Doświadczaliśmy potęgi sędziwego Bałtyku. Nasza łajba podporządkowana rytmowi morza żeglowała uparcie na południe na niewielkiej chusteczce foka. Po kilku godzinach przeprawy w sztormie, wiatr zaczął słabnąć. O godzinie 0400 zdaliśmy wachtę dwóm kolejnym śmiałkom.
***
Obudziłem się na długo przed alarmem budzika. W mesie było całkiem wilgotno -ciekło ze sztormiaków, a z bulajów na domiar złego skapywały na koje kropelki wody. Wiatr niemal ucichł. Pozostała po nim tylko uciążliwa martwa fala zbierająca dla Neptuna hojne dary. Ci, którzy nie pełnili wachty, dla bezpieczeństwa pozostawali w pozycji horyzontalnej. Naszą załogę zasiliły o poranku dwa ptaszki, które wichura przygnała pewnie aż ze szwedzkich wybrzeży. Chłopcy z wachty pierwszej ogrzewali je w dłoniach. Po jakimś czasie podjąłem próbę przyrządzenia kanapek, kiedy w kambuzie doszedł mnie ich świergot.
Popołudniu martwa fala utrudniająca normalną egzystencję na jachcie poczęła zanikać i możliwe stało się przyrządzenie ciepłego obiadu. W podmuchach łagodnego wiatru bardzo powoli zbliżaliśmy się do Mierzei Helskiej. Sztorm, który uniemożliwił niesienie większej od małego foka powierzchni żagli i późniejszy słaby wiatr zniweczyły nasz zamiar zorganizowania pożegnalnego balu u Morgana. Wieczorem, kiedy dojrzeliśmy wreszcie światło Rozewia, wiatr zgasł niemal zupełnie. Przez ostatnie kilka godzin żeglugi wzdłuż półwyspu i potem przez Zatokę Gdańską grotowi towarzyszył warkot silnika.
Przed godziną 0800 w niedzielę zacumowaliśmy w Górkach Zachodnich.
***
Niedobrze jest kochać morze, nie sprzyja ono długoletniej zażyłości, długoletniemu oddaniu to fragmenty Zwierciadła morza, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Być może sposobem na uniknięcie rozczarowań w walce z barbarzyńskim wiatrem i niepokornym morzem jest jak pisał o tym Conrad traktowanie morza nie jak żywioł, lecz jak zażyłego towarzysza. Niepodobna przecież rozstać się z przyjacielem. Teraz, kiedy nasza wyprawa dobiegła już końca, ciężko tak po prostu spakować worek, odwrócić się i pójść w swoją stronę. W tych ostatnich przed wyjazdem chwilach staram się raz jeszcze wsłuchać w rytm fal uderzających o pirs, wciągnąć głęboko powietrze przesiąknięte zapachem wodorostów, ryb i soli morskiej.
10 maja 2010 r.