Mateusz Ćwikliński
 
Tam i z powrotem
 
październik 2010
 powrót
 
Mateusz Ćwikliński

Tam i z powrotem

   W jesieni morze budzi się z letniej drzemki, staje się kapryśne i niegościnne.

Z listopadowych podróży na wybrzeże w pamięci zachował mi się obraz granatowej wody Zatoki Gdańskiej podczas sztormów, kiedy kutry rybackie walczyły z rozszalałą falą. Przed oczyma jak żywe staje wspomnienie cichej, wyludnionej z turystów plaży, na której tylko ptaki nie bały się być porwane przez dzikie wichury. Huraganowe sztormy października ubiegłego roku nie zostaną zapomniane przez Pomorzan i tych, co na morzu…

Mimo że jesienne wyjazdy na Bałtyk przekonały mnie, że październikowe żeglarstwo to zabawa dla marynarzy nieco bardziej wtajemniczonych w sztukę orania morza, tym razem jednak prognozy dawały nadzieję, że w słonecznej aurze z umiarkowanymi wiatrami uda się zrealizować trasę, u której kresu leżeć miało miasto Rønne. Na żeglugę do wyspy i powrót do Zielonej Mariny Jachtklubu Pogoń w Szczecinie zaplanowaliśmy cztery dni.

Jachtem, którym żeglowaliśmy na północ była 11-metrowa Delphia37, zdecydowanie różniąca się od wszystkich innych typów łodzi, na których pływałem dotychczas. Żeglarski staż zbierałem głównie na starych, acz dzielnych i zdolnych stawić czoło silniejszym wiatrom Opalach, Carterach i Conradach. Do tego dochodziły zatokowe nefryty, difur, dezety, drużyny i pucki. Dzięki wysłużeniu i podeszłemu wiekowi tych właśnie łajb, w repertuarze doświadczeń, które zbierałem jako załogant znalazła się awaria sterociągów (na opalu), nocna żegluga na rumplu awaryjnym przy 7ºB, szycie żagli (również na opalu), pompowanie zęzy z liczbą pompek przekraczającą 100 na godzinę oraz żegluga bez sprawnego silnika (tu także na opalu).

W porównaniu ze statkami, na których do tej pory przemierzałem morze, s/y Cuba Libre wydawał się niemal samoobsługowy. Sprowadzona do przestronnego kokpitu całość olinowania ruchomego, aktualne mapy wydane większości w 2010 roku, plus wygodny w obsłudze chartplotter zamontowany na kolumnie sterowej, ogrzewanie webasto, silnik działający jak szwajcarski zegarek. Opis wyposażenia brzmi jak reklama. Przy ogromnym szacunku dla sędziwych i zasłużonych dla polskiego żeglarstwa drewnianych i stalowych jachtów z duszą, przyznać muszę, iż żegluga na Cuba Libre była po tysiąckroć bardziej komfortowa. Bezawaryjność łodzi sprawiła, że podczas wyprawy do Rønne czułem się całkowicie bezpiecznie. Nie zdołałem przekonać się tylko o jednym, a mianowicie o tym, jak Delphia zachowałaby się na morzu w ciężkich warunkach sztormowych.

***
Cumy oddaliśmy w słoneczne popołudnie 9 października. Trasa z Zielonej Mariny do Świnoujścia mogła wieść tylko jednym szlakiem. Przez Odrę Zachodnią, Roztokę Odrzańską, Zalew Szczeciński, Kanał Piastowski, Kanał Mieliński oraz Świnę wyszliśmy na Zatokę Pomorską. Po minięciu drugiej pary bojek toru wodnego postawiliśmy żagle i obraliśmy kurs na stolicę duńskiej wyspy Bornholm. Wyłączony tym razem z systemu wacht miałem więcej czasu na rozważania, zaryzykuję stwierdzenie – egzystencjalne.

Jedną z najdonioślejszych podczas rejsu jest chwila, kiedy ląd za rufą znika z pola widzenia, a przed dziobem rozpościera się linia widnokręgu opadająca na płaską taflę morza. Morze sprawia wówczas wrażenie bezkresnego i bezbrzeżnego, a w sercu żeglarza rodzi się poczucie nietłumionej niczym niezależności. Zgarbiony nad kołem sternik jest panem swojego losu, obiera kurs, a białe żagle niosą go przed siebie.

Poprzez bliskość morza znajdujemy ucieczkę od szarej i nudnej codzienności. To tutaj następuje wyrwanie kotwicy z podłoża, w którym jesteśmy zakorzenieni. Na czas jakiś oddalamy się od rzeczywistości, którą oswajaliśmy przez lata. Dla dobra wspólnej żeglugi pozbywamy się zwyczajów i nawyków przywiezionych na morze wraz z resztą bagażu.

***
Wydawać by się mogło, że życie codzienne żeglarza na morzu jest proste i nieskomplikowane. Ogranicza się przecież do stawiania i zrzucania żagli, wyznaczania kursu, odbierania prognoz pogody, podawania i oddawania cum, by po długiej żegludze znów połączyć się z nabrzeżem. Na morzu, tak jak i na lądzie jemy, śpimy, czasem tylko golimy się, a czasem do tego myjemy.

Ta bardzo powtarzalna rzeczywistość dla człowieka niezwiązanego z morzem sprawia być może wrażenie nudnej i przewidywalnej. Nic jednak bardziej mylnego. Codzienność na jachcie jest być może prosta, lecz nie prozaiczna, mija szybko, ale nie w pośpiechu, jest powtarzalna, lecz nigdy nie przewidywalna. To, co stanowi o tym, że każdy kolejny dzień na morzu nie jest nudny i monotonny jak poprzednie, to radość z prostoty wykonywanych czynności i zasłużony odpoczynek po dobrze spełnionej, zimnej psiej wachcie.

***
Leżąc na deku najprzyjemniej jest ulecieć w płynące wysoko po niebie ławice chmur oraz pomiędzy gwiazdy, których konstelacje od stuleci stanowiły drogowskaz dla żeglarzy przemierzających oceany. Tutaj doskonałą ciszę zakłóca tylko natura. Woda milcząca niekiedy, wraz z przyjściem podmuchów staje się żywa i głośna. Szemrze, bulgocze i huczy. Do koncertu włącza się także wiatr, gwiżdże na stalowych linach, wzywa na kielicha za pierwszy ref na grocie. Tutaj na morzu zasłyszana plotka, informacja z dziennika, sensacja nie rozpraszają uwagi marynarza. Bez natłoku zbędnych wiadomości dostrzeżenie piękna otaczającego świata jest dużo łatwiejsze.

Na morzu człowiek pozostaje w bliskości przyrody. Woda staje się jego drogą, gościńcem, po którym wiedzie szlak jego wędrówki. Z dala od pośpiechu i zgiełku rozkrzyczanego miasta przychodzi chwila zastanowienia nad własnym miejscem w rzeczywistości, nad własnym miejscem w świecie natury. Pojawia się wtedy jakże cenna myśl, że codzienność i dom to nie wszystko, co mamy.

***
Jakie jest morze dookoła naszego domu? Przyglądając się morzu, usiłuję wyobrazić sobie jak bardzo stare są jego wody.

Na morzu wszystko podlega prawom natury, których świadomość istnienia bywa na lądzie mocno zamazana. Na morzu panuje znakomity porządek. Tak pisał o nim Tage Voss: przypływy, odpływy, prądy, wędrówki ryb, a wszystko jest nawzajem przyczyną i skutkiem. Fazy Księżyca, wirowanie Ziemi, wędrówka Słońca, spadanie gwiazd, powstawanie wiatru – zjawiska te doświadczane na własnej skórze i obserwowane z desek pokładu stają się nam bliskie. Poprzez kontakt z przyrodą odświeżamy wiedzę, którą wieki temu posiedli już filozofowie przyrody. Powietrze jest arche, gdyż wszystko, co żyje potrzebuje powietrza. Lecz arche jest również woda, bo wszystko jest z wody – z wody powstało i z wody się składa. Wszystko płynie. Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki.

Woda jest zawsze w drodze, jest wiecznym pielgrzymem. Tu była, a tam dopiero będzie. Kres jej wędrówki jest tak odległy, że niedostrzegalny. Żeglarz, który po raz pierwszy oddał cumy, mimowolnie skazuje się na długą tułaczkę. Nie jest bowiem łatwo zerwać więzi z morzem, mimo iż – powtórzę za Conradem – nie dochowuje ono wierności nikomu, nie dotrzymuje wiary w nieszczęściu, nie sprzyja długoletniej zażyłości. Nie dobrze jest je kochać…

***
Przelot do Rønne nie stanowił trudnej nawigacyjnie trasy. Po wyjściu na Bałtyk ze Świnoujścia obraliśmy kurs 010º i przy sile wiatru nieprzekraczającej 3ºB kierowaliśmy się na północ. Kiedy wstałem z porannej drzemki wiatr ucichł zupełnie. Przy bezwietrznej, acz słonecznej pogodzie we wczesnych godzinach popołudniowych minęliśmy boję bezpiecznej wody na torze podejściowym Rønne. Po zmianie kursu na 064º skierowałem nas w stronę główek portu.

W morze wyszliśmy z powrotem wieczorem. Było ciemno, minęła już godzina 2000. Prognoza wieszczyła wiatr N, odkręcający na NE, o sile do 3º w skali Beauforta. Tuż za boją wyznaczającą środek farwateru postawiliśmy grota i całą genuę. Wbrew przewidywaniom wiatr stężał jednak do 4ºB, by wzrosnąć jeszcze do baksztagowej piątki. Po zrzuceniu grota prędkość nie zmalała, zwiększył się natomiast komfort żeglugi podczas drzemek, kiedy to jacht prowadziła za mnie załoga – moi kursanci, a teraz także koledzy.

***
Wrażeń o walorze estetycznym dostarczyła również żegluga kanałami łączącymi Bałtyk ze Szczecinem. Kiedy w Świnoujściu o poranku oddaliśmy cumy, zadrzewiona linia brzegowa podkolorowana jesiennym złotem i szkarłatem kąpała się jeszcze w mlecznej mgle. Z lodowatych i srebrzystych oparów wyłaniały się także krzewy i trzciny porastające tutaj brzegi. Mgiełka rozwiała się dopiero na Zalewie Szczecińskim. Przegoniły ją podmuchy regularnej dwójki Beauforta, która pozwoliła na postawienie żagli i pokonanie dalszej trasy bez warkotu kataryny.

Wyjątkowo rozkrzyczane były za to ptaszory, które przy otwartym albumie identyfikuję teraz na zdjęciach jako mewy białe, gęsi, czajki i rybitwy. Przelatywały one nad nami w stadach liczących po kilkaset, a nawet kilka tysięcy osobników. W kluczach o imponujących rozmiarach podróżowały też żurawie. Wzdłuż brzegów kanałów przy trzcinach i trawach, niczym węże wodne nurkowały perkozy oraz kormorany.

W drodze przez Zalew Szczeciński odwiedziliśmy jeszcze jedną przystań. Północnym torem wejściowym dożeglowaliśmy do Trzebieży. Każda wizyta w tym porcie stanowi dla mnie wydarzenie szczególnie sentymentalne. Tam kilka lat wcześniej odbyłem swoje pierwsze morskie szkolenie żeglarskie, tam też już jako instruktor szkoliłem żeglarzy jachtowych. Jak mawiał mój KWŻ: robota wykonana po trzebiesku musi być zrobiona na fest. Zrobić po trzebiesku to dopiąć na ostatni guzik. Urok tej rybackiej osady kryje się również w panującym na ulicach miasteczka niezwykłym spokoju. Trzebież jest miejscem wyjątkowym dla tych, którzy potrafią cieszyć się chwilą samotności i docenić wyciszenie z dala od zgiełku głośnych metropolii. To z Trzebieży wyniosłem także pierwsze morskie przyjaźnie.

W połowie października basen północny przyległy do Centralnego Ośrodka Żeglarstwa był niemal pusty. Dostrzegłem tam tylko sylwetkę Kapitana Głowackiego oraz Juranda. Na łożach stały już jotki: Ina, Dziwna i Piana. Na swoim stałym miejscu w drodze do Tawerny wyslipowana (chyba już na zawsze) spoczywała również Rega. Oprócz faktu, iż jednostki te charakteryzują się dużą dzielnością morską, wdzięczne są również z racji swoich nazw, z których wszystkie pochodzą od rzek oraz cieśnin łączących Zalew Szczeciński z Bałtykiem.

***
Pierwsze dni po powrocie z morza są każdorazowo wyjątkowo bolesne. Wracamy do rzeczywistości, w której – wydawać by się mogło - jesteśmy zakorzenieni. Powracają nasze nawyki i zwyczaje zostawione w domu dla dobra odbywającego się rejsu.

Szczególnie dotkliwy jest poniedziałek o poranku, kiedy po długiej przerwie dojeżdżam na uczelnię. Rozważania o muzyce idealnej do gotowania makaronu, dyskusje czy herbatę lepiej pić z cytryną, czy z sokiem cytrynowym, trwoga o kolejną sesję, kolokwia, zaliczenia… Tematy te są odległe jeszcze przez kilka następnych dni po ostatnim podaniu cum na keję. Rzadkie chwile czynienia rzeczy wzniosłych i wyjątkowych sprawiają, że powrót do codzienności jest doświadczeniem niezwykle trudnym.

październik 2010 r.