Daria Izdebska
 
Pięć żywiołów
 
Cyklady 24.07-07.08.2010
 powrót
 
Daria Izdebska

Pięć żywiołów
Cyklady 24.07 – 07.08.2010

   Wyjaśnienia słów kilka, czyli o kształcie i powstaniu tej opowieści

Kiedy po raz pierwszy w mojej głowie powstał plan wspólnego rejsu po Morzu Egejskim oczywiście sięgnęłam po mapę – tę klasyczną, dla niektórych pewnie nieco przestarzałą, papierową. Widniał na niej rój małych i większych wysepek rozsianych jak drobne żółto-zielone kamyczki na niebieskiej płachcie. Odwiedzenie wszystkich za jednym razem, choć kuszące, było oczywiście niemożliwe, ale po przejrzeniu różnych ofert nieśmiało pomyślałam, że tydzień to po prostu za mało i jeżeli nasza Wielka Wyprawa ma się odbyć, to dwa tygodnie będą idealne. Moim zdaniem nie opłaca się płynąć na krócej, szczególnie jeśli komuś zależy na odkrywaniu antycznej przeszłości Hellady. Dłuższy rejs, wbrew pozorom, docenią również te osoby, które nieco gorzej znoszą falowanie, bo błędnik jednak musi mieć trochę czasu na przyzwyczajenie się. Między innymi dlatego wypadło na niczego jeszcze wtedy nie podejrzewającego s/y Woja i jego skipera (chyba powinno być na odwrót, ale to w końcu jacht z osobowością).

Mimo wszystko, oprócz wielkich i sławnych nazw, które wywoływały obrazowe skojarzenia (Kreta, Santorini), pozostałe, takie jak Kythnos czy Naksos, niewiele mi mówiły. Ot, wyspa na Morzu Egejskim – przed oczyma stawał dość klasyczny, by nie powiedzieć stereotypowy, obraz białych domków z niebieskimi dachami, spieczona słońcem o tej porze roku brunatno-ochrowa ziemia, błękit nieba i granat morza. Tak naprawdę jeszcze mniej powiedziała mi informacja zamieszczona na stronie o dwudziestokilkugodzinnych przelotach z Milos na Kretę, czy z Krety na Santorini. Choć i owszem, na mapie wielkość tego dużego niebieskiego i odległości, które trzeba po nim przepłynąć wydawały się całkiem imponujące mimo znacznie zmniejszonej skali.

Jako, że na morzu już byłam (raz, tydzień na Adriatyku, czy to się w ogóle liczy?), coraz głośniej rozbrzmiewał mi w myślach entuzjastyczny i z czasem coraz bardziej natarczywy głosik: „Przeeeelot!”. Zwołałam zatem drużynę, przedstawiłam plany i ‘urabiałam’ koleżanki, mówiąc, że będzie fantastycznie, próbując reklamować nie tylko sam rejs po greckich wodach, ale i uroki żeglarstwa jako takiego. I tu po raz kolejny sprawdza się stara zasada, że jak się czegoś samemu namacalnie nie doświadczy, to nawet najbarwniejsze opisy po prostu nie będą w stanie tego oddać.

Mając na uwadze to, że moje próby są z góry skazane na porażkę – Ci, którzy na morzu nie byli, sami się muszą przekonać, a Tym, którzy byli mówić nie trzeba – jedyne co mogę zrobić, to postarać się mimo wszystko oddać naturę tej Wielkiej Wyprawy, opisać przygodę na pokładzie s/y Woj, niepowtarzalny nastrój greckich wysp, a może nawet nieśmiało spróbować oddać naturę samego żeglarstwa, a raczej to jak ja, niedoświadczona jeszcze i początkująca, je odbieram po tym wyjątkowym rejsie.

Wiatr – Na łasce Eola, walcząc z Boreaszem

Że żeglarstwo zasadza się na wietrze i od wiatru zależy oczywiście nie trzeba nikomu tłumaczyć, a wspominanie o tym graniczy z popadaniem w zupełnie zbędne oczywistości. Jednak dopiero na morzu tak naprawdę dociera do żeglującego w małej łupince (wybacz, Woju!) po dużej wodzie, jak wiele zależy od sił przyrody. Już na samym początku cała nasza trasa uległa odwróceniu o sto osiemdziesiąt stopni w stosunku do planowanej (i bardzo jednak hipotetycznej) propozycji na stronie Sextant Sailor. Z wiatrem się nie dyskutuje. Z wiatrem się nie walczy. Trzeba pokornie słuchać jego woli i robić to, na co pozwala. A że akurat wiał całkiem solidnie, na Milos i Kretę popłynęliśmy w tempie ekspresowym, zaliczając od progu żeglowanie w nocy baksztagiem (ponoć najtrudniejsze) przy 5°B i nocne wchodzenie do portu w Heraklionie (moje pierwsze za sterem, gdy wypatrywałam niknącego w światłach miasta drobnego zielonego, trochę nieśmiało migoczącego klejnotu – główki portu).

Jednak dopiero w okolicach Mykonos, Delos i Syros zobaczyłam jak kapryśny bywa ten żywioł i jak niesprawdzalne są wszelkie prognozy pogody (które przecież niczego takiego nie zapowiadały…). A wszystko przez wiatr zwany z turecka meltemi, a w starożytności znany jako ετησίαι (liczba mnoga), czyli wiatry roczne (silne, dochodzące nawet do 8-9°B, wiejące od maja do września z północy lub północnego-wschodu). Filip Macedoński ponoć planował swoje wyprawy tak, żeby floty Ateńczyków z południa nie mogły przypłynąć w sukurs tym, których atakował. I nic dziwnego. To jedna z potęg regionu, z którą zdecydowanie należy się liczyć. Żartobliwa nazwa mordewind naprawdę dobrze oddaje to, jak musieliśmy płynąć, żeby dostać się na Mykonos (mordki całe mieliśmy w soli). I wbrew temu, co mam wpisane w opinię z rejsu, wiało 7°B – są dowody w dzienniku pokładowym!

Również trasa z Mykonos, koło nie odwiedzonego Delos – wiatr z północy skutecznie uniemożliwił przedostanie się na wyspę pontonem – aż na Syros wywołała u mnie niemałe zdziwienie. Wiało co chwilę (co jakieś kilka minut) zupełnie inaczej – pięć węzłów, dwadzieścia pięć, potem dziesięć, potem trzydzieści, i znów pięć. Wskazówka wiatromierza szalała, to na prawo to na lewo, to na czerwono, to na zielono, jakby sama zupełnie nie mogła się zdecydować, a już najciekawszym zjawiskiem (szczególne dla sternika, którą to funkcję wtedy sprawowałam) były fale. Z lewa. Z prawa. Od przodu. Chyba nawet od tyłu. Obijały się o wszystkie burty radośnie i bardzo ekspresjonistycznie – dostosowanie się do ich tak zwanego „rytmu” było… powiedzmy, że nieco utrudnione, ale za to stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie. A skoro już sam Wojtek wyszedł spod pokładu i wyraził zdziwienie, to chyba jednak nie było coś, co widzi się każdego dnia.

Trzeba przyznać, że choć z początku wiatry szalały (oczywiście, używam tego określenia bardzo względnie), potem zupełnie zmieniły zdanie. Końcówka rejsu upłynęła pod znakiem… flauty. Stół. Lustro. Cisza. Brak wiatru. Jak zwał tak zwał, ale fakt faktem, na żaglach pływać się już nie dało. I pomyślałam, że gdyby nie silnik, to… o tym trochę więcej w kolejnych częściach opowieści.

Ale wiatr to nie tylko siła napędzająca, nie tylko twórca fal, czy ukojenie od upału. To także zapach lądu, jego pierwsza zapowiedź. Nagle, zupełnie niespodziewanie, słony zapach morza zmienia się – ciepły, pachnący ziemią i trawami, zaskakująco słodki i piękny zapach wysp, czy też nieznośny, cuchnący spalinami, oblepiający płuca smogiem smrodek Aten. Jeśli jest noc, nieco tylko rozświetlana światłem gwiazd czy księżyca, to węch, nie wzrok, pierwszy mówi o lądzie w oddali. W jednej z Wojtkowych książek wyczytałam o takim właśnie nawigowaniu ‘na nos’, na przykładzie zatoki San Francisco, gdzie każdy rejon i dzielnica pachną trochę inaczej. Jednak to, co na papierze było suchą teorią, okazało się niezwykłym olfaktorycznym doświadczeniem w rzeczywistości.

Słowa znanych od lat szant wreszcie nabierają życia, gdy przy „szóstce” na kei w Mykonos słychać zawodzenie wiatru wśrod dzwoniących metalowo masztów, wanty śpiewają, a wkrótce potem dołącza do tego łopot żagli – dzwięk, którego nie sposób zapomnieć.

Woda – Wielka Fala, Wielki Błękit

Woda dostarcza przeróżnych przeżyć w każdej ze swych postaci. Najbardziej oczywiste są fale. Drobne, łuskowate, albo wysokie i długie, które wyglądają jak pagórki i doliny, kiedy jacht ześlizguje się po nich lub wspina na nie z podziwu godną dzielnością. Stojąc przy sterze trzeba nauczyć się zgrywać z falami, odnaleźć ich rytm, dostosować do ich długości – rzuca w końcu nie tylko na boki, ale też w górę i w dół, a załoga pod pokładem to istny materiał do gry w pinball. Na pokładzie, to jednak bardziej rollercoaster. Fale rozbryzgują się o dziób, opryskują twarz słoną, zimną wodą, zostawiając na skórze lekko lepką warstewkę.

Oczywiście nie były to 10-20 metrowe fale z rodzaju tych, których można doświadczyć podczas sztormu na Pacyfiku, ale dla niedoświadczonego i dopiero odkrywającego morze żeglarza nawet te fale budziły jednocześnie zachwyt, jak i drobną nutkę niepokoju i pokory. Nie dlatego, że takie wielkie, ale dlatego, że myśli łatwo zapędzały się w krainę fal znacznie większych. Ale póki co tylko w wyobraźni.

Na szczęście jednak na tych szerokościach geograficznych można nie tylko pływać po morzu, ale także w nim. Kiedy u wybrzeży Mykonos Wojtek wyrzucił za burtę przywiązaną na rufie linę nie trzeba było długo prosić, by część załogi dobrowolnie opuściła pokład. Skiper zrezygnował z liny – w końcu ta jest dla początkujących, wystarczy wszakże trzymać się drabinki. Przyjemnie było się zanurzyć w chłodnej wodzie i poczuć prędkość jachtu, prując powierzchnię Morza Egejskiego i czując jego słony smak w ustach.

Holowanie na linie to frajda sama w sobie, ale nie większym przeżyciem był… Wielki Błękit (Luc Besson właśnie na Egejskim kręcił swoje filmowe dzieło). Bezkresny, czysty, ale też zaskakująco pusty granat. Gdy zanurzy się głowę pod fale i otworzy oczy (wyposażone, oczywiście, w okulary lub maskę), widać tylko jasną skórę własnych stóp gdzieś w oddali, świadczącą o krystalicznej czystości morza, a poniżej… nic więcej, tylko ten płynny, głęboki, porywający kolor, który opada w dół, i w dół… i w dół. Coś pięknego. Ale też i niepokojącego. W głębinach znacznie bliżej do nieskończoności, a ta, z natury swej, przeraża…

Równie niezapomniane jest wieczorne zanurzenie się w wodzie, która po zachodzie przybiera kolor czarny – czy to przy skalistych, poszarpanych brzegach Santorini, czy w świetle gwiazd i świateł masztów na kotwicowisku koło przylądka Sounion.

I ten dźwięk, za każdym razem trochę inny, lekko szumiący, głośno chlupiący, rozbijający się o burty, kojący, usypiający, kołyszący do snu.

Woda. Tafla wody dokoła. Nic tylko morze. Gdy płynęliśmy z Krety na Santorini, nie było prócz nas wśród fal nic i nikogo, nawet nawałniki nie przemykały nad powierzchnią. Tylko woda. Przypomina mi się fragment poematu angielskiego poety okresu Romantyzmu Samuela Taylora Coleridge’a p.t. „Pieśń starego żeglarza” (The Rime of the Ancient Mariner), do którego jeszcze pewnie nieraz wrócę.

Water, water everywhere,
And all the boards did shrink;
water water everywhere,
no any drop to drink.

Dokoła woda, bezmiar wód
skurczyło się poszycie
Dokoła woda, bezmiar wód,
ni kropli do wypicia

Szczególnie, gdy jest gorąco – a dokoła tylko słona „pustynia” – zaczyna się doceniać te zgrzewki mineralki w bakistach, a ironia słodkiej i słonej wody staje sie bardzo wymowna. Pijemy więcej niż normalnie, uzupełniając wypocone elektrolity. Woda schodzi w ilościach przemysłowych. A gdyby jej zabrakło…?

Morze onieśmiela swoim bezmiarem, ale jednocześnie przynosi trudne do określenia ukojenie. Tu, w bezkresie, wśród przemieszczających się granatowo-białych pagórków można znaleźć spokój i wewnętrzną ciszę, jakiej trudno zaznać na lądzie. Jest tu coś, co powoduje, że chce się wracać raz po raz, mimo wszelkich niewygód. Coś, co chwyta za serce, kołacze się gdzieś w podświadomości, nie dając spokoju. Cały czas woła.

I tylko brak delfinów w tych przejrzystych wodach martwi… Nie zaszczyciły nas swoją obecnością nawet jeden raz.

Ogień – wschody, zachody i żar z nieba

Ogień i światło. Chyba tylko pod żaglami da się przeżyć tyle wschodów i zachodów, tyle wspaniałych gier światła. Na otwartym morzu ognista kula słońca gaśnie w kilka chwil, zatapiając się w granatowy horyzont, barwiąc grzbiety fal na czerwono, pomarańczowo i różowo, podświetlając nieliczne chmury, które w lecie raczej nie pojawiają się zbyt często na tych szerokościach. Na Santorini czy na Milos ostatnie promienie słońca padają na kaldery, złoto-czerwonym światłem przypominając o potędze ognia wulkanów. Antyczna Thira została zniszczona przez ten, który wybuchł cztery tysiące lat temu. Była to jedna z większych katastrof naturalnych czasów starożytnych. Czy to tu właśnie znajdowała się Atlantyda? Niełatwo zaakceptować ją tylko jako wymysł Platona – mit nabrał własnego życia, rozrósł się, zmienił i trwa dalej, jako symbol czegoś odległego, nieosiągalnego. Obsydian, szkło wulkaniczne, w pewnym sensie zastygnięty w czarnym kamieniu ogień, do dziś można znaleźć na Milos.

Zachód na przylądku Sounion, oświetlający góry, wyspy i starożytne ruiny jest chyba najpiękniejszy, o ileż bardziej osobisty i wyciszony niż reklamowany zachód w Oia, na Santorini, gdzie tłumy turystów z aparatami tłoczą się przy białych domkach w oczekiwaniu na zniknięcie słońca. Choć i tak świt nad pasmem Hymettos w oddali, gdy dopływamy już prawie do Aten, ostatni nasz wschód na pokładzie (dla niektórych także i pierwszy), ma w sobie większą magię. Powoli, niespiesznie różowe światło przesącza się przez czarne sylwetki gór – homerycka różanopalca jutrzenka to na tych wodach chyba słuszne skojarzenie. Gdy złote promienie wynurzają się z jednej, ostrej przełęczy i delikatnie muskają skórę, zabarwiając wszystko, łącznie z grzbietami fal, na ciepły, łagodny kolor, trudno się dziwić, że w dawnych czasach śpiewano pieśni, by przywołać świt lub by go uczcić. Śpiew sam ciśnie się na usta. Cisnął się na usta już dawno temu, chociażby w starożytnym Egipcie, gdy faraon Echnaton, kiedyś znany jako Amenhotep IV, ustanowił monoteistyczną religię Atona, boga dysku słonecznego i tak to w słowa ubrał:

… Barki żeglują w dół i w górę rzeki,
Gościńce zaludniają się, gdy wschodzisz,
Ryby pryskają z wody na twój widok,
A wielkie morze staje się jasnością.

Jasność budzącego się na morzu dnia to coś wspaniałego, ale noc jest równie piękna. Pełnia na otwartym morzu kładzie się srebrzystym światłem na falach, połyskując w sobie tylko znanym rytmie, a gwiazdy i planety, kiedy już księżyc nieco się skurczy i nie rozprasza czerni nieba, prowadzą sternika dobrym kursem. Wenus, Jowisz, Saturn i Merkury gromadzą się, by towarzyszyć nam w żegludze. Dawno nie były tak blisko siebie. Konstelacje wiszą nad głowami, przypominając o mitycznych bohaterach i stworach – Skorpion, Łabędź, Wolarz… a pod koniec rejsu, niebo przecinają strugi światła. Perseidy dopiero zaczynają swój pokaz, ale i tak pewnie wiele cichych życzeń zostało wypowiedzianych, gdy oczy wodziły za szybko znikającymi rozżarzonymi śladami. Tym razem łatwo zapomnieć, że to po prostu kosmiczne śmieci, odłamki, które spalają się w atmosferze w zabójczo wysokiej temperaturze.

Ale słońce nie daje zapomnieć również o swojej bardziej nieprzyjaznej stronie. Sierpień na Morzu Egejskim – żar leje się z nieba. Kiedy wiatr nie wieje, kiedy unieruchamia nas flauta, jest tak gorąco, że ledwo można ruszyć ręką, nie mówiąc o myśleniu. Łatwo o poparzenia słoneczne, szczególnie, kiedy przez znużenie zaśnie się przez przypadek na słońcu. Trzeba potem leczyć czerwoną, bolesną, odchodzącą płatami skórę. Maści i balsamy przynoszą chwilowe ukojenie, ale prawda jest taka, że trzeba było się po prostu znacznie wcześniej na to słońce przygotować. I tu znów przychodzą na myśl wersy z „Pieśni starego żeglarza”. W poemacie, z powodu niewybaczalnego czynu, jakim było zabicie albatrosa, statek zostaje uwięziony w obszarze ciszy morskiej. Żagle opadają bezwładnie, a gorące powietrze rozgrzewa czerwone słońce. Morze jest martwe i ciche.

All in a hot and copper sky,
The bloody sun, at noon,
Right up above the mast did stand,
No bigger than the moon.

Day after day, day after day,
We stuck, nor breath nor motion;
As idle as a painted ship
Upon a painted ocean.

W miedzianym i gorącym niebie
W południe słońce krwawe
Nie większe niźli księżyc
Wisiało tuż nad masztem

Dzień po dniu i dzień po dniu,
Jacht wiatrem nieporuszany
Jak zastygniety w farbie statek
na morzu namalowanym

Myśli same kierują się ku przeszłości, ku dawnym wiekom, czasom sprzed rewolucji przemysłowej, kiedy brak wiatru był o wiele poważniejsza sprawą. Przypominają mi się tak zwane końskie szerokości. Choć hałasuje i nie pachnie zbyt pięknie, choć pływanie z nim to żadna przyjemność, jednak dobrze mieć silnik pod pokładem. Tak w odwodzie.

Ziemia – Od wyspy do wyspy, stare garnki i jeszcze starsze kamienie

Choć żegluga sama w sobie potrafi być celem, to jednak nie można zapomnieć o miejscach, do których dopływa się podczas rejsu – by zawinąć na noc do portu, czy też pozwiedzać w dzień. Wyspy są tak różne od morza, jakby stanowiły zupełnie odmienny świat, w którym czas płynie inaczej. Choć może to właśnie pod żaglami czas się rozciąga i zmienia. Na ograniczonej przestrzeni jachtu, z nieograniczoną przestrzenią wody aż po sam horyzont, ma się wrażenie lekkiego załamania praw fizyki tak, jakby gdzieś w zęzie znajdowało się potężne centrum grawitacji, które spowalnia czas. Czas, który drastycznie przyspiesza, gdy schodzi się z pokładu – z małego, zamkniętego w sobie uniwersum, prosto w chaos codziennych spraw – trzeba kupić bilety, uzupełnić zapasy i wodę, złapać autobus, pobiec pod prysznic...

Każda z wysp i każdy z portów same w sobie są osobnymi światami, mikrokosmosami o własnej, specyficznej atmosferze. Różnią się już na pierwszy rzut oka, kiedy dostrzec je można z pokładu – czy to czerwono-czarne, ostre, wrzynające się w niebo klify Santorini, na których przycupnęły biało-niebieskie domki, czy też oślepiająco białe wybrzeża Milos, gdzie kryją się najróżniejsze plaże, czy wreszcie Egina, zielona, porośnięta lasami, a jednak borykająca się z problemem dostępności słodkiej wody.

Gdy wreszcie stawia się stopę na stałym lądzie – choć zdezorientowany błędnik i tak próbuje wmówić umysłowi, że ląd się rusza – można zacząć przygodę na miarę odkrywców docierających do nowych krain. Bo choć dawno odkryte i obecne na mapach od tysięcy lat, każda z tych wysp posiada coś wartego zobaczenia – czy to samą zabudowę, czy to szczególnie imponujące muzeum, czy przepiękną zatokę.

Rejon Morza Egejskiego jest pod tym względem szczególnie interesujący, gdyż na każdym kroku natknąć się można na pozostałości po starych, nie istniejących już cywilizacjach. Półki muzealne uginają się od skorup garnków, grotów strzał, czy ozdobnej biżuterii. Praktycznie na każdej z wysp ku niebu wznoszą się ruiny – ułamane kolumny, na wpoły tylko stojące ściany, pozostałości amfiteatrów. Strzegą ich bezgłowe i bezrękie białe marmurowe rzeźby, które niegdyś mieniły się żywymi, nieco kiczowatymi kolorami. Jednak w miastach i miasteczkach tętni o ileż bardziej współczesne życie – pełne blichtru sklepy, wypełnione głośną muzyką dyskoteki, oferujące wyśmienite dania restauracje, kościoły, jak ten prawosławny w Hermopoulis, rozbrzmiewający dźwiękami wzniosłych pieśni. Łatwo zagubić się w labiryncie wąskich uliczek Naxos i przypomnieć sobie mit, że to właśnie tutaj Tezeusz – pogromca Labiryntu i Minotaura – zostawił Ariadne. Nieczuły drań. Lecz samo miejsce – magiczne, jakby Dionizos sam przechadzał się po portowych uliczkach, zaglądając do każdego wyszynku z kitronem. Dźwięki pianina w Muzeum Weneckim, stara srebrna zastawa, wyszywane poduszki i baldachim nad łożem przeniosły nas w przeszłość niedaleką, lecz i tak urokliwą.

Pałac w Knossos – wymysł wybujałej wyobraźni Sir Arthura Evansa, który go ‘odtworzył’, czy też całkiem prawdopodobna rekonstrukcja – przytłacza swym ogromem, rozciągając się na zboczach porośniętych oliwkami gór, rozbrzmiewając krzykami pawi, które przycupnęły na ogrodzeniu. Cywilizacja minojska oglądana w muzeum w Heraklionie przez pryzmat malowideł, figurek, naczyń i zabawek, którymi kiedyś bawiło się pewnie jakieś dziecko – wydaje się jednocześnie obca i bliska. Gliniana figurka huśtawki przymocowanej do dwóch drzew, na której siedzi bezgłowa postać przypomina, że choć dzielą nas tysiące lat, tamci ludzie nie różnili się aż tak bardzo od nas.

Delos, choć tylko z daleka, z morza, i tak zdumiewa swym ogromem – miejsce czci Apolla, dokąd odbywały się liczne pielgrzymki. Świątynia Afai na Eginie, ukryta wśród drzew, lecz położona na wzgórzu, z którego rozciąga się niezapomniany widok na morze w obu kierunkach. Świątynia Posejdona na przylądku Sounion, gdzie wśród krzewów przechadzają się prześmieszne kuraki i imię angielskiego poety, Lorda Byrona, wyryte w marmurze (wandal!) – ileż warstw przeszłości, historii, ludzkich przeżyć. Starożytna Thira taka, jaką była sprzed wybuchu – możemy ją poznać tylko dzięki wykopaliskom i wystawie w muzeum, gdzie w gablocie stoi odlew krzesła mogącego się znaleźć w każdym z dzisiejszych salonów. Delfiny namalowane na garnkach ręką dawno już nie żyjącego malarza wyglądają jakby miały wyskoczyć z gliny i chlupnąć wprost do morza. Portara na Naksos – stojące samotnie olbrzymie wrota donikąd, wrota nieukończonej świątyni – świadectwo ambicji, pychy i ostatecznej porażki tyrana Lygdamisa. Czyż nie oddaje ona nieuchronnej natury czasu równie dobrze jak wiersz innego angielskiego poety, P.B. Shelleya o Ozymandiasie – o pomniku wielkiego władcy zasypanym przez piaski pustyni? Jest wymowniejsza.

To chyba największa różnica. Morze milczy, pochłania ludzi, statki, cywilizacje, skrywa tajemnice. Ziemia je odsłania. Wieki przemijają, lecz każda z grup ludzi zostawia coś po sobie. Wyciosane kamienie i garnki zagrzebane w ziemi stanowią olbrzymią, zapisaną księgę. Świadczą o ludziach, którzy tu mieszkali, żyli i umierali.

Ludzie – Piąty Żywioł, czyli poznaj siebie i innych

Grecja rozbrzmiewa echem dawnych legend i mitów. Nie sposób patrzeć na nią w oderwaniu od historii o bogach i herosach. W końcu czyż nie odtworzyliśmy częściowo trasy Tezeusza? Tak jak on wypłynęliśmy z Aten na Kretę, by pokonać własnego Minotaura, gdy targani wiatrem przemierzaliśmy fale w księżycową noc. Tak jak on zatrzymaliśmy się na Naxos i być może zostawiliśmy tam własną Ariadne. Ojciec Tezeusza, Egeusz, ponoć rzucił się ze skał, gdy zobaczył czarne żagle – myśląc, że Tezeusz nie żyje, skoczył w odmęty morza, które do dziś nosi jego imię. My też przepłynęliśmy koło przylądka Sounion, skąd Egeusz rozpaczliwie wypatrywał syna – lecz na szczęście dla nas, kolor żagli nie odgrywał znaczenia (choć fok został wcześniej dokładnie wymyty na Kythnos). Może staliśmy dokładnie w tym samym miejscu, wśród skał barwy ochry? Czy ci, którzy płynęli w swych triremach na wojnę trojańską, podziwiając kunszt wojenny Achillesa i spryt Odyseusza, mijali te same wyspy?

Tak, wiem, to mity – ci ludzie nigdy nie istnieli. Ale przecież bitwa pod Salaminą rozegrała się naprawdę. Flota Kserksesa przemierzała fale, by stoczyć bój z Ateńczykami i Spartanami. Gdy idąc do Pireusu mijamy Salaminę po naszej lewej, myślimy raczej o tym, jak wschodzące słońce przepięknie rozświetla pokład, ale w oddali, jeśli wytężyć by słuch, słychać szczęk oręża, łamane drewno, rozkazy dowódców i krzyki umierających. Wśród tych wysp trudno zapomnieć o przeszłości, także tej mitycznej.

Ludzie tworzą historię i są przez nią tworzeni – my też staliśmy się bohaterami własnej historii. Wstępując na pokład zawarliśmy umowę z samymi sobą, aby zmierzyć się z wymogami podróży, z żywiołem. Żeby poznać nie tylko morze i obcy ląd, ale też siebie. Być może każdy miał inne wyzwania, innego rodzaju. Gdy stoi się cztery godziny za sterem podczas psiej wachty – od czwartej do ósmej rano, w chłodnych godzinach porannych – starając się żeglować tak, by nie rzucać zbytnio śpiącą pod pokładem załogą, trzymać prosto kurs, pilnować pracy żagli i wypatrywać światełek dokoła, znaczących obecność wielkich komercyjnych promów czy latarni, a jacht płynie w przechyle wymagającym zaparcia się stopami w kokpicie, łatwo odczuć zmęczenie. Być może to kwestia braku wprawy, być może złej techniki lub własnej słabości – ważne, by tę słabość przełamać. Trzeba w końcu wykonać zadanie.

Czasami trzeba się zmierzyć z własnym organizmem, gdy błędnik odmawia współpracy i zaczyna się intensywna dyskusja z Posejdonem i ofiarowywanie mu darów w postaci śniadania lub obiadu. Czasami trzeba się zmierzyć z własną psychiką – mimo wszystko, jacht to naprawdę mała przestrzeń i przez dwa tygodnie łatwo o drobne i większe tarcia wśród załogi. To wspaniały sprawdzian charakteru, choć nie zawsze dowiadujemy się o sobie miłych rzeczy.

Zaczyna się jednak doceniać to, co na co dzień wydaje się zupełnie zwyczajne: długi, gorący prysznic, toaleta, która nie przemieszcza się, gdy trzeba załatwić fizjologiczną potrzebę, a nagłe uderzenie fali rzuca na ścianę tak, że trzeba zaprzeć się rękami i nogami, prostota gotowania nie-w-przechyle. Lecz, choć dziwnie to zabrzmi, i te rzeczy mają swój urok. Po powrocie na stały ląd łatwo zatęsknić za chlupotem fal rozbijających się o burtę, gdy leży się w koi.

Ale przecież to nie wszystko. Miło jest posiedzieć na pokładzie przy kei w Loutrze na wyspie Kythnos i posłuchać dźwięków gitary i znajomych szant śpiewanych na jachcie płynącym pod polską banderą, który zacumował obok. Miło jest zasiąść w mesie dookoła stołu do wspólnego posiłku i prowadzić długie rozmowy, delektując się miejscowymi trunkami i wspaniałym daniem przygotowanym przez Kapitana.

Uczymy się wszyscy od siebie nawzajem, uczymy się od tych, którzy wiedzą więcej i przekazują nam tę wiedzę. Pokazuję dziewczynom różne węzły, tłumaczę kursy względem wiatru. Siedzę z cyrklem przy mapie nawigacyjnej, obserwując małą czarną łódeczkę na GPS-ie i pytam Wojtka co dokładnie oznaczają te kolorowe strzałki i jak obliczyć długość trasy.

Nawet obcowanie z ludźmi na lądzie daje swoistą satysfakcję. Zaledwie kilka greckich słów – dzień dobry, proszę, dziękuję – sprawia, że twarze miejscowych rozświetla uśmiech. Starszy pan pilnujący kei w Adhamos, na Milos, brodaty i w czapce, wygląda jak bosman z opakowania tytoniu.

A gdy kończymy klarowanie jachtu i ustawiamy się do pożegnalnego zdjęcia, żegnamy się nie tylko z wiatrem, wodą, ogniem i ziemią, ale przede wszystkim z ludźmi, tymi wyobrażonymi, legendarnymi, odległymi, jak i tymi co mieszkają obecnie na wyspach, z nami jako załogą, ale przede wszystkim… z kapitanem.

Dziękuję Wojtku za wspaniałą przygodę!

p.s. Tłumaczenie The Rime of the Ancient Mariner moje własne.