Autokar kluczy uliczkami Genui; jedziemy już dobę z Polski i nie możemy doczekać się końca podróży. Przyklejam nos do szyby i należę do tej części załogi, która wstrzymuje oddech i niecierpliwie wygląda Żaglowca, jak by odbywał się konkurs kto pierwszy wypatrzy maszty. Wreszcie Ją widać - stoi tam gdzie zawsze w Genui. Rozbrzmiewają okrzyki radości, wiwaty, a połowa załogi ma nosy nadal przyklejone do szyby. Druga część, która jeszcze nigdy nie była na Pogorii, patrzy na nas z ogromnym zdziwieniem i politowaniem…
Jak zawsze z przejęciem wchodzę po trapie. Staję na pokładzie i mam ochotę krzyknąć „nareszcie w domu!”. Słyszę jak od nagielbanku przy grotmaszcie szumią słowa: „witaj, witaj...”.
Załoga rozchodzi się po i pod pokładem, zaglądając gdzie się da. Od dziobu po rufę przetacza się fala szumnego szeptu „nowi, nowi...”.
Szkolenia, szkolenia, aż wreszcie następnego dnia wypływamy. Piękne Słońce, korzystny wiatr wchodzimy na reje by postawić żagle. Bez różnicy czy ktoś jest pierwszy, czy piąty raz: emocje wysoko na rejach te same. Schodzimy na dół po czym dumni i rumiani patrzymy na efekt naszej wspinaczki. I wtedy następuje zjawisko powszechnie znane jako robienie zdjęć wszystkiemu co się da, w japońskim stylu - to „nowi” z aparatami fotograficznymi zachłannie robią zdjęcia, zachłyśnięci urokiem Żaglowca, a Pogoria nie skąpi im swych wdzięków, i jakby czując na sobie łakome spojrzenia, jeszcze piękniej pręży swe żagle. Najwięcej fotografują ci, co nie przyklejali nosów do szyby autokaru. Reszta nie ma już gdzie trzymać albumów pełnych zdjęć dobrze, że ktoś wymyślił aparaty cyfrowe. A po rejsie ponownie trzeba będzie obejrzeć 140 ujęć fokmasztu pod pełnymi żaglami, 158 zdjęć zachodów słońca i kolejną setkę widoków pokładu z bombramrei. Taki lajf, jak to mówią.
Wiatr się wzmógł, nadszedł sztorm. Większość załogi choruje leżąc w swojej koi i to niezależnie czy mieli nosy przyklejone do szyby, czy nie. Pogoria rzucana przez fale z burty na burtę trzeszczy: „wytrzymamy, wytrzymamy...”. Witek, który jest tu pierwszy raz, śpi „nieżywy” w mesie oficerskiej na twardej ławce. U siebie w koi na dziobie nie miałby szans zasnąć. Po jakimś czasie cała mesa oficerska na rufie jest już zaadoptowana przez mieszkańców dziobu. Szczęśliwi ci, co dostali koję na rufie.
Jest taka linia w poprzek Pogorii, poza którą jak się pójdzie w stronę dziobu, to niestety choroba morska daje o sobie znać ze wzmożoną siłą. Przebiega ona mniej więcej na wysokości kabiny bosmana na śródokręciu. Szkoda, że mesa i kambuz są dalej… jakoś niewiele osób potrafi dotrzeć na posiłek.
Kapitan chodzi pod pokładem i z troską zagląda w każdą koję, sprawdzając jak się ma jego załoga. Jednemu doniesie wodę, drugiemu jabłuszko a nie, nie całe, połowę, całego nie da się zjeść, organizm odmawia. Ledwo possany owoc ląduje na półce obok wody.
Po dwóch dniach choroba morska ustaje, wiatr trochę, a falowanie nie. I wtedy jest najfajniej: Pogoria wspina się na wierzchołek fali i po chwili śmiga jak narciarz w dół. Siuuup! I znowu w górę. To naprawdę cudowne, gdy wreszcie odpuści choroba morska, i można pożeglować.
Chwytam ster, a on z radości, że mnie znów widzi kręci to w prawo, to w lewo, i szumi: „No, wreszcie jesteś z powrotem”. Też się cieszę, że go znów trzymam, i próbuję nad nim zapanować. Bezskutecznie. Kilwater mam pokręcony jak znak zapytania. Kapitan staje na rufie, przygląda się dłuższą chwilę zygzakowi, duma, odchodzi, wraca, znów się przygląda, głaszcze się ze zmarszczonym czołem po brodzie, po czym donośnym i bardzo poważnym głosem pyta: „Czy uciekamy przed torpedą?!”
Wygłodniali tłumnie siadamy w mesie do posiłku. Nareszcie można coś zjeść. Nadal buja, a choroby morskiej już nie ma. W takich warunkach zręczność wachty kambuzowej godna jest najznakomitszych cyrkowców świata: donieść wazę z zupą trzymając ją obiema rękami i nie wylać oto wyczyn! A głodni żeglarze uczą się nowej sztuki jedzenia goniąc zupę łyżką po talerzu, w rytm przechyłów Pogorii.
Ożywiona po dwóch dniach załoga opowiada jak przeżyła te ciężkie sztormowe chwile. Najwięcej do powiedzenia mają oczywiście ci, co nie przyklejali nosów do szyby autokaru. Robert, którego nie gnębi nigdy morska choroba, opowiada ile to miał zajęć jak myśmy chorowali i czego to nie musiał robić. „Cała Pogoria na mojej głowie” westchnął z głęboko zmęczonym wyrazem twarzy. Mina siedzącego niedaleko i słyszącego to Kapitana bezcenna.
Minął tydzień i znów Genua. Cumujemy powoli i z niechęcią, ociągając się, bo to koniec rejsu niestety. Choć może dla niektórych to upragniony moment? W końcu choroba morska dała się we znaki i wreszcie stanęli na upragnionym, stałym lądzie. Witek z radością i werwą zwija z uśmiechem rzutkę.
„Co, Ty się pewnie cieszysz, że to już koniec?” - pytam.
„Zwariowałaś?! Kiedy robisz następny rejs?”
No tak… witamy w klubie…. Straconyś na wieczność.
Wsiadamy do autokaru. Ci, którzy byli pierwszy raz, mają nosy przyklejone do szyby i smutne miny. Nikt już nie patrzy na nikogo ze zdziwieniem i wszyscy przyłączają się do tego cudacznego rytuału. Nie wiedzą, że najgorsze jeszcze przed nami: odzwyczaić się od bujania, nocnego wstawania, rytmu wacht, „dojść do siebie” i przestawić się na zwykłe, ziemskie życie.
Dedykuję wszystkim, którzy widząc Pogorię mają nosy przyklejone do szyby autokaru, a wchodząc po trapie słyszą „witaj, witaj...”.
Styczeń 2004 / maj 2010