Lesław Taczuk
 
Norweskie duchy
 powrót
 
Lesław Taczuk

Norweskie duchy

   Nawigacja - królowa nauk nautycznych. Bez znajomości nawigacji lepiej siedzieć w portowej knajpce, spoglądając na swój jacht przez szybę. Lepiej nie narażać zarówno jego jak i siebie. Nasz kudłaty przodek, nawigując na kawałku kłody wzdłuż brzegu, błagał niebiosa aby nie stracić z oczu znajomego skrawka lądu. Jego potomkowie rysowali prawdopodobnie na skrawku kory kontury charakterystycznych nadmorskich wzgórz. Potem gdzieś w obrębie Morza Śródziemnego pojawiły się tak zwane „portolany” podające kursy i odległości do okolicznych portów. Używano „laski Jakuba”, astrolabium, kwadrantu. Teraz na pokładach jachtów królują niepodzielnie C-Mapy a sekstant, ostatni z rodziny „astro”, został wyparty przez GPS. Nawigować może więc każdy.

Wiedzę tę przyjmuje ze średnio manifestowaną ciekawością towarzyszący nam na pokładzie Kuba. Jest jednym z grupy, która to na jachcie chciała dotrzeć do Norwegii, kolebki światowego „svart” czy też „black metalu”. To kolejny już dzień, kiedy podążając wzdłuż norweskich wybrzeży dyskutujemy, co w tej muzyce naprawdę siedzi. Nadszedł moment by zmienić tematykę i zapoznać go z tajnikami prowadzenia jachtu do celu. Klikamy więc trochę w ikonki naszego programu do nawigacji, przeglądamy też zawartość półeczki w kabinie. Mamy spory plik wydawnictw opisujących nasz akwen, amerykańską locję, takąż angielską ściągniętą z internetu, coś skserowanego oraz jakąś żółtą książkę w niezrozumiałym dla wszystkich nas języku. Tylko brać i wybierać.
Ustalamy wspólnie port docelowy. Chcemy dopłynąć do Skei, małej mariny na jednej z wysp od strony stałego lądu. Piękna ikonka w kształcie jachtu na elektronicznej mapie zachęca żeglarzy do jej odwiedzenia. W sam raz na dzisiejszy przelot dobowy. Opis w locji wspomina o możliwości podchodzenia tam z dwóch stron, w zależności od wiejących wiatrów. Wybieramy oczywiście przejście bezpieczniejsze, kursem pod wiatr. Program komputerowy pozwala dokładnie zaplanować drogę prowadząc po potencjalnych miejscach zwrotów.
- Jakież to proste, elektronika prowadzi was za rękę - z nutą rozczarowania w głosie stwierdza Kuba.

Dobrze już pod wieczór, gdy port jest na trawersie, robimy zwrot, by jednym halsem wpasować się w jego główki. Elektroniczna mapa powiększona do granic możliwości podaje wszelkie dostępne szczegóły. Pozycja naszego jachtu z GPS-u jawi się na ekranie jako mała skacząca pchełka zmierzająca prosto do wejścia.
- Nawet z manewrami portowymi nie powinniście mieć problemów, bo marina jest chyba pusta - wtrąca nasz załogant.
Faktycznie, na tle jaśniejszego nieco nieba nie widać żadnych masztów, tak charakterystycznych przecież dla każdego portu jachtowego. No cóż, to maleńka marina, poprzednio odwiedzaliśmy takie i często bywaliśmy jednymi z bardzo nielicznych gości.
Zachodzące słońce kładzie głęboki cień wzdłuż brzegu. Nie ułatwia to niestety obserwacji. Jedyne, co widać to jakieś wysokie pale, gdzie jak domyślamy się, cumują promy.
- Nie, tam na pewno nie powinniśmy podchodzić - włącza się do rozmowy dowodząca „Jagiellonią” Aśka - to całkiem inna przystań.
- Cholera, ale nic nie widać obok - mówię odkładając lornetkę.
- Cóż z tego, że macie dokładne elektroniczne mapy, kiedy i tak wszystko trzeba sprawdzać wzrokiem - wtrąca zgryźliwie Kuba.
- To prawda. Jednak bez paniki. Szkierowe niskie wysepki i cyple układają się często na zakładkę i to, co widać w głębi, zlewa się zapewne z pierwszym planem - próbuję pocieszać się w myślach.
Rzut okiem na ekran w nawigacyjnej również uspokaja. Kolejne kropki obrazujące jacht zbliżają się do wyraźnego prześwitu wiodącego do portu. Tu nie ma już co sprawdzać. Intuicja podpowiada jednak, że coś jest nie tak.
- Wiesz, widzę tylko szarą smugę, która ciągnie się nieprzerwanie na całej szerokości przed nami!- Nerwowo przekazuję spostrzeżenie.
- Nie mam wątpliwości! - Uzupełniam po chwili zza szkieł.
- Jesteś pewien? Podaj lornetkę... Chyba tak! Tam jest brzeg! - Potwierdza Aśka.
- No to jak? Trzymać kurs? - Pyta od steru Kuba.
- Nie! To jest bez sensu - decyduje Aśka - odkręcaj na południe! Nie będziemy sobie tym portem w ogóle głowy zawracać!
- Jest „tak trzymać” - potwierdzam po wykonaniu manewru.

Emocje już opadły. Może w sposób trochę nietypowy, ale nasz nawigacyjny problem został rozwiązany. Gdzieś za moimi plecami siedzi wyraźnie rozczarowany Kuba. Spogląda po horyzoncie cicho pomrukując: - Co jest grane? - Nie potrafią wejść do portu tak małym jachtem, gdy wchodzą tam wielkie promy? - Czego się boją?
Czuję w okolicy karku nieprzyjemny dreszcz. Czy powinienem mu cokolwiek tłumaczyć?
- To tylko „rozwaga na morzu”. Idź pod pokład i zrób nam herbaty - przeganiam go mocno rozdrażniony.
- „Odwaga na morzu”? Jak zwał tak zwał - mruczy, manifestując w ten sposób swoje rozczarowanie.

Analizujemy z Aśką zaistniałą sytuację. Jeżeli nie tu, to może powinniśmy płynąć do kolejnej wyspy, nie zważając na zapadający zmrok? Gdzie jest nasz alternatywny port? Schodzimy obydwoje pod pokład. Trzeba wziąć pod lupę nasze mapy i locje. Spoglądamy przy okazji na ekran, gdzie „Jagiellonia” zaznaczyła narzuconą jej niespodziewaną zmianę kursu.
…?
- Popatrz! Jak on steruje! - Dziwi się Aśka.
- Kuba, trzymaj kurs! Co ty wyprawiasz? - Krzyczę w kierunku zejściówki.
- Czego chcesz? Jest tak jak chciałeś, mam 175 - odpowiada.
Spoglądamy z niedowierzaniem na ekran. Nasz jacht sunie z szybkością nieprawdopodobnych 24 węzłów, kręcąc przy okazji jakieś dziwne „esy floresy”.
To niemożliwe! Wysiadła nam elektronika!
Tego jeszcze brakowało. Czyżby czekała nas nocna żegluga według tradycyjnych sposobów nawigacji terestrycznej, z nanoszeniem pozycji na ekran komputera? Akurat nie mamy papierowej mapy tego odcinka! Musimy zawrócić i bezwzględnie wejść do zarzuconego przed chwilą portu. Trzeba popróbować od strony północnej, mimo niesprzyjającego wiatru. Byle za dnia! Czyżby Kuba postawił jednak na swoim?
Sytuacja rysuje się nieciekawie. Nurtuje nas teraz problem faktycznej pozycji jachtu. Czy można ufać GPS-owi?
Same pytania, bez natychmiastowych odpowiedzi. Nasze rozbiegane oczy skaczą po wszystkich ekranach w kabinie. Jest 65º 05,3' N 011º44,48' E i trzeba chwilę odczekać, aby zmienił się odczyt.
- O! Teraz uspokoiło się - zauważa Aśka.
Faktycznie, wyświetlana szybkość jachtu mieści się już w realnych wartościach czterech węzłów, a kurs zbliżony jest do deklarowanego przez sternika. Głębokie westchnienie ulgi wydobywa się z obydwojga naszych piersi. Chwała Bogu!

Cóż nam się przydarzyło? Jakie były tego przyczyny? System satelitarny jest podobno niezawodny, jego obliczenia uwzględniają ponoć einsteinowską poprawkę na względność czasu! Podobno zawsze jest, co najmniej siedem nadajników nad naszymi głowami. Czy to możliwe, aby tak zawiodły? Aśka wspomina, że na którymś z atoli wysp Pacyfiku kiwała się zgubiona przez satelity na swojej „Mantrze” przez cały dzień.
Inna możliwość, to przełączenie naszego programu na opcję „demonstracyjną”. W niej to właśnie duży statek zmierza z szybkością kilkudziesięciu węzłów do tak zwanego punktu bazowego, gdzieś pośrodku Eurazji. Jednak przecież nikt z nas niczego nie ruszał, nie było nawet kiedy.
Może to zemsta złych norweskich duchów w odwecie za objawiany przeze mnie brak tolerancji dla muzyki „metal”? Ostatnio wielokrotnie wyrażałem ten pogląd do Kuby.

Względne unormowana sytuacja pozwala nam po chwili spokojniej zagłębić się w locje. Dość bogatą bazę danych mieliśmy wgraną na naszą elektroniczną mapę. Została jednak nieopatrznie usunięta przez poprzednią załogę, bo setki czerwonych kropek nadmiernie zaciemniły im obraz na ekranie. Dlatego też musimy teraz centymetr po centymetrze analizować mapki brzegowe wszystkich okolicznych wysepek. Niestety wygląda na to, że nie znajdziemy łatwo tego, czego szukamy. Ostatnią deską ratunku jest norweska żółta książeczka. Nie kto inny jak oni powinni znać tu każdą mysią dziurę. Odszukujemy strefę naszego obecnego położenia i zaczynamy wertować sąsiednie kartki.
- Popatrz, czy ci to czegoś nie przypomina?- Aśka pokazuje palcem mały planik przylepiony w dolnym rogu stronnicy.
- No tak, tu jest szerokość geograficzna 65º 05,3' N.- Toż to musi być plan portu Skei - wybucham - tylko, co robi tu ten ZYGZAK?
Nie ma wątpliwości. Przed oczyma mamy port, który sprawił nam niedawno tak wiele kłopotów. Na planie przedstawiono marinę, przystań promową, kotwicowisko i... ogromny falochron przegradzający całe upatrzone poprzednio przez nas południowe wejście! Sprawdzamy rok wydania żółtej książeczki. Na okładce widnieje data 2007. Komputerowe mapy, na których wału jeszcze nie zaznaczono, są starsze tylko o rok.
- Kuba chodź, musimy dokończyć szkolenie nawigacyjne - przywołuję go.
- A po co mi to? - Odburkuje.
- Abyś nabrał morskiego doświadczenia. No wiesz, żebyś wiedział, co to jest „rozwaga na morzu”.