Andrzej Nowak
 Ku ciemnej stronie
 Bałtyku

 

Andrzej Nowak

Ku ciemnej stronie Bałtyku

         Pewnym krokiem wszedł na podwórze przy poniemieckim domku. Rozglądając się wokół zatrzymał wzrok na pustej psiej budzie, miejsce, które znał od dzieciństwa zawsze pełne było życia. Za każdym razem, gdy przychodził z wizytą do swojego przyjaciela witał go pies i obserwowało stado nieufnych kotów. Teraz jest tu pusto. Ponownie musiał otrząsnąć się z pożegnalnego tonu i nostalgii wobec natury i przestrzeni tak okrutnie opustoszałych. Z pracowni dochodził głos pracy, pozwalającej marzyć o wyrwaniu się stąd wprost w objęcia kobiety, którą ostatni raz widział przed wojną. Wiedział, że wyruszyła jako kurierka w stronę Londynu prawie trzy lata temu.

- Cześć - krzyknął już przed drzwiami, aby jak najkrócej być samemu ze swoimi myślami.
- Czołem - odrzekł wyprostowując się z wnętrza zęzy Antek.
- I, co gotowy?
- Tak, możemy płynąć dookoła świata.
- Dobra dobra, zobaczymy, co powiesz za tydzień.
- A, co u Sławka udało mu się?
-
Tak, przygotował wszystko, ale nie wiem czy ta radiostacja to był doby pomysł.
- No cóż, zobaczymy na razie mógłbyś mi trochę pomóc - To mówiąc wręczył mu puszkę z lakierem do drewna.
- Wiesz co Krzysiek, mam trochę wyrzuty sumienia co do Alka, tyle nam pomógł a teraz musi zostać.
- Przecież wiesz żona i chora córka, ja go rozumiem.

         Jacht był już gotowy, mistrzowskie umiejętności szkutnicze Antka oraz techniczny zmysł Sławka dawały nadzieje na przejście przez linie patrolowe okrętów Wojska Ludowego i dopłynięcie do celu. W trójkę wyruszyli z niewielkiej nadwiślanej miejscowości, aby dotrzeć dopiero do początku, który swoje miejsce miał mieć na Zatoce Gdańskiej, gdzie jeszcze byli bezpieczni, ale skąd nie było już odwrotu. Krzysztof spodziewał się, że właśnie ten moment będzie najtrudniejszy, gdy po raz ostatni stał będzie na ziemi i pozostanie tylko świadomość kołyszącej fali niepokoju. Tymczasem czuł się dobrze, jego towarzysze również nie zdradzali przejęcia. Czekał ich dwugodzinny spływ królową polskich rzek do stacji WOP, pierwszego zagrożenia. Głęboko w kokpicie schowali kompas i skonstruowaną radiostację, na wierzchu pozostawili jedynie mapę Zatoki. Był koniec września, przejmujący chłód był dobrym pretekstem, aby wśród swetrów i kurtek schować dowody swojej zbrodni przeciwko ładowi socjalistycznemu. Nurt rzeki działał łagodząco, wspominali rodziców Antka, którzy zmarli 10 miesięcy po wojnie, wyniszczeni przez pracę i eksperymenty jakimi podawali ich ciała faszyści. Zastanawiali się jak odnaleźć Basię dziewczynę Krzysztofa, rozważając czy po wykonaniu zadania pozostała w Londynie. Sławek opowiadał o swoich przeżyciach wojennych, gdy jako członek harcerstwa brał udział w walkach, wspierając żołnierzy konspiracji swoją wiedza o łączności. Żaden z nich nie zdobył się na rozmowę o Alku, przyjacielu ze szkolnej ławy, który jako stolarz umożliwił im zdobycie materiałów do budowy jachtu. Żona Alka była nauczycielką, 3 lata temu urodził im się syn a od 2 lat zmagali się z chorobą córki.

- Szkoda, ze nie możemy być tu wszyscy – powiedział Antek

Popatrzyli po sobie i w milczeniu zawarli umowę, że pomogą przyjaciołom jak tylko będą mogli, choć nie mieli pomysłu jak tego dokonać. Tymczasem w oddali zauważyli już charakterystyczne proporce WOP. Sławek i Antek szybko upewnili się, że na pierwszy rzut oka ich eskapada wygląda na zwykły turystyczny wypad żeglarski. Krzysiek pozostał przy sterze, który w naturalny sposób dzierżył od początku. Starali się operować pagajami najmocniej jak to tylko możliwe przy równoczesnym zachowaniu pozoru spokojnej i przyjemnej podróży. Do pomostu przycumowane były trzy kajaki, widać było nerwowe krzątanie się ludzi w mundurach. Żołnierze zniknęli z pola widzenia, gdy jacht znalazł się jakieś dwieście metrów przed strefą kontrolną. Przez dłuższy czas Krzysztof rozważał czy się zatrzymać czy bazować na nie świadomości, która dawała im alibi w każdym etapie ich podróży. Bo przecież żeglowali tylko po Zatoce, bo nie radzili sobie z wiatrem i zostali zdryfowani na otwarte morze, bo nie wiedzieli w końcu, że powinni poddać się kontroli w stacji WOP. W czasie tych rozmyślań skierował jacht najdalej jak to możliwe od kei i zanim podjął decyzję byli sto metrów za linią, w której powinni się zatrzymać. Spojrzał za siebie z budynku oddalonego od wody o około sześćdziesiąt metrów nie wyłoniła się żadna sylwetka, nikt nie krzyczał, aby się zatrzymali. Krzysztof był prawie pewien, że człowiek stojący przy brzegu i nerwowo dopalający papierosa obdarzył ich szczerym uśmiechem. Czyżby ich zachowanie było aż tak zdradliwe, nic to, na przyszłość trzeba będzie być pewniejszym. Tymczasem wiosłująca część załogi zaprzestała swojej pracy i wpatrywała się w stronę nie widocznego już pomostu, który jeszcze przed chwilą widzieli, jako potencjalny kres, a teraz niewidoczny jest tylko wspomnieniem początku. Znaleźli się na Zatoce.

- To, co czas próby? – Powiedział Krzysiek wymownie patrząc na Antka.
- No nareszcie, to, co stawiamy.
- Tak.

Wspólnymi siłami postawili foka i grota. Żagle od razu wypełniły się wiatrem i zjednały łajbę z morzem, chrzcząc ją porywami wiatru i pierwszymi szkwałami. Przemieszczali się teraz szybko i nie zauważali większych problemów. Powoli zapadał zmrok, idealna pora, aby niepostrzeżenie popłynąć w stronę Helu. Postanowili, że będą zmieniać się przy sterze, co dwie godziny, aby pozostali mogli odpocząć. Krzysiek zadowolony, że wszystko idzie gładko pierwszy zadeklarował się do wachty nawigacyjnej. Antek przejęty dumą ze swojego dzieła ani myślał iść spać, chciał napawać się falami rozbijanymi przez ten najwspanialszy jacht. Sławek natomiast rozważał wciąż czy ich wyprawa ma sens i czy ryzyko, które podejmują warte jest zachodu. No tak, w końcu w imię wolności - pomyślał. Od razu zreflektował się jednak na pytaniu, czym właściwie jest owa wolność i czy będą wolni tam skoro tu jak się wydaję nie są. Być może właśnie ich dążenie do odczuwania tego, co czują ptaki jest zdeterminowane przez siłę rządzącą ludzką naturą? Myśli te przerwał widok wspaniałego i malowniczego zachodu słońca. Zatracił się w tym pejzażu, który istniał tu i teraz, ponad sytuacyjnie, upojony wspaniałością świata równie w tym jak i w każdym innym momencie. Po chwili w milczeniu zszedł pod pokład, pozostawiając swoich towarzyszy.

-Tak myślę, że to co złe zostaje za nami. - Przerwał milczenie Antek, spoglądając równocześnie w spiętrzone tuż za rufą połacie atramentowego bezkresu.
- No cóż, może faktycznie zostaje, ale przecież nie tylko złe. – Po wypowiedzeniu tych słów Krzysztof umilkł mimowolnie, widząc te najwspanialsze chwile z czasów, dla których bodaj każdy żywi sentyment. Nie mógł oprzeć się wspomnieniu Basi, no tak ale ona przecież jest tam - skierował wzrok ku północy, odruchowo spoglądając pod żagiel sprawdzając czy tam aby nie czai się zagrożenie. Pomyślał o chwili, w której spotka ukochaną i będą szczęśliwi, tak na pewno będą szczęśliwi! Bał się rozmyślać o każdej kolejnej sekundzie spotkania, aby nie dojść do pytania: ‘co dalej’. Konieczność powstrzymania się od odurzenia tym cudownym wyobrażeniem przeraziła go. Nie był jednak sam, szukając otuchy w przyjacielu przerwał nieco zbyt długą pauzę.
- No nie tylko złe, a co tam będzie niewiadomo.
- Myślisz, że mogą nas złapać?
- Nie wiem, ale jakby co to wiesz, musimy się trzymać razem. – Nie do końca wiedział, dlaczego wypowiedział te słowa i co właściwie miał na myśli. Był jednak wdzięczny Antkowi, że tak zareagował, niezależnie od tego czy odczytał jego niepokój czy tez nie. W głębi wiedział jednak, że stary druh zna go doskonale. Zawstydzony własnym roztargnieniem szybko zaczął myśleć jak ominąć jednostki z Polską banderą, barwy, pod którymi sam służył teraz obróciły się przeciw sobie. Mała flaga na rufie była prawie niewidoczna, a musiała stanąć przeciw tym, którzy używają jej jawnie, lecz przecież nieświadomie. Zapadł zmrok, rozmawiali o ewentualnych scenariuszach i choć niczego nie byli pewni wiedzieli, że obrali jedyną słuszną drogę.

         Noc minęła spokojnie, wraz z pierwszym promieniem słońca Krzysiek wiedział, że uda im się minąć Rozewie. Musieli teraz stanąć do otwartej rozgrywki z nieprzyjacielem. Nareszcie przydatne okażą się umiejętność Sławka, który próbował przeniknąć na drugą stronę, na obce pokłady i do umysłów ścigających ich marynarzy. Musieli także poświęcić uwagę wypatrywaniu kutrów rybackich i polskich statków handlowych, nikt nie był godny zaufania. Radiostacja działała bez zarzutu i przez nierozwagę oficerów pokładowych mogli nanosić na mapę coraz to kolejne jednostki. Krzysztof doskonale zdawał sobie sprawę z mechanizmów patrolowania, jakimi operowali żołnierze Marynarki Wojennej. Gdy uciekinierzy znaleźli się pięć mil od brzegu było jasne, że nie uda im się przedostać, musieli zmienić kurs i ponownie popłynąć w stronę lądu. To spowodowało, że obnażona została zawietrzność jachtu, który idąc teraz w bejdewindzie nie dawał szans na zyskiwanie odległości. Krzysztof zarządził, więc zredukowanie powierzchni foka. Zbliżyli się do wybrzeża na około dwie mile i przez cztery godziny pływali to w jedną, to w drugą stronę, wyczekując na swoją szansę. Około 13.30 Odebrali lakoniczny komunikat o powrocie do portu jednego z okrętów patrolowych. Znając również pozycje patrolu ze strefy na zachód od tej, która zostanie opuszczona wiedzieli, że nadarzy się okazja, aby w wytworzonym korytarzu spróbować przejść na wody międzynarodowe. Wiatr nadal był sprzyjający, a równocześnie na tyle silny, że z dużym zaangażowaniem obrali kurs na północ. Obowiązki nawigacji i planowania spoczęły na Sławku, bowiem łącząc role nawigatora i operatora radiostacji miał on najlepszy przegląd sytuacji. Mieli około dwóch godzin, nadziei i walki. Czas był niewystarczający, ale jedyny. O godzinie 15.30 kuter patrolowy znajdzie się w pobliżu i zapewne zostaną zauważeni. Nie liczyły się teraz relacje międzyludzkie, zastąpione przez prace i uparte wykonywanie swoich powinności. Krzysztof doskonale znał to uczucie z czasów, gdy walczył na okręcie podwodnym, ale znał również uczucie porażki, które dzierżył nieprzerwanie od czasu, gdy ich załoga została internowana. Wzmagała w nim chęć rehabilitacji skontrastowana z poczuciem odpowiedzialności i świadomością, że żeglują małym jachtem do wytrzymałości, którego musiał podchodzić ze sprawiedliwą surowością. Gdy krzyżyk na mapie znalazł się w odległości około dziewięciu mil od brzegu Sławka przeszył dreszcz, w słuchawkach radiostacji zameldowała się, bowiem jednostka Marynarki Wojennej. Z rozmowy wynikało, że patrol znajdujący się dwanaście mil od nich obiera kurs, który bez wątpienia pozwoli, aby zostali zauważeni. W pierwszym momencie pomyślał o ucieczce w niepatrolowany kwadrat, na pełne uświadomienie sobie tego planu nie pozwoliła informacja, że ścigający ich okręt przejmuje ten rewir po mającej awarie jednostce. Zauważeni zostaną za około czterdzieści pięć minut i to obierając kurs w którym spotkanie nastąpi najpóźniej. Patrol poruszał się około pięciu mil od morskiej granicy. Nie było wyjścia, musieli ponownie ruszyć w stronę Polski, ale to nie dawało im bezpieczeństwa. Szybki i zwrotny okręt będący tak blisko mógł ich łatwo zlokalizować.

- Wyrzucamy wszystko, co pływa i jest niepotrzebne. – Wrzasnął Krzysztof umieszczając za burtą koc i swetry. - Alek rozbierz co się da i wyrzuć trochę drewna. – Słowa te wstrząsnęły konstruktorem, czuł się oburzony, ale pewność w tonie kapitana nie dawała pola do dalszej analizy. W wodzie znalazły się zbędne części nadbudówki, nie było już przestrzeni gdzie było sucho i upajająco bezpiecznie. Pozbyli się również zapasowego takielunku, pływające płachty białego materiału były dobrze widoczne i mogły zwrócić uwagę.
- Sławek a radiostacja, nie zlokalizują nas?
- To najlepsza konstrukcja jaką znam. Widzisz, że się przydaje, ale im bliżej będą tym gorzej, sam nie wiem.- Nie zdążył dokończyć.
- Dobra, na razie niech zostanie – zadecydował Krzysztof

Obrali kurs na południe, wiatr wzmógł się i sprzymierzeńczy bezkres obrócił się przeciwko nim, odbierając brutalnie to, co dał im dotąd. Nie byli pewni swojej pozycji, ale po pół godziny obrali kurs wzdłuż brzegu, będąc około siedem mil od lądu. Woda przelewała się przez dotąd suche miejsce pracy radiooperatora, którego zniesmaczenie tym faktem przerwało szczęście.

- Zauważyli - wrzasnął – Rozpoczynają przeszukiwanie kwadratu mila na milę. Jakieś sześć mil od nas.

Po przekazaniu tej informacji towarzyszom, ponownie założył słuchawki, nie usłyszał w nich jednak znajomego szumu. Fala, która przelała się przez pokład zniweczyła plany dalszego nasłuchu. Spojrzał wymownie na Krzysztofa i o nic nie pytając wyrzucił 3 miesiące pracy za burtę. Po godzinie ponownie zmienili kurs na północ. Rozczarowanie Sławka szybko zastąpione zostało przez ożywczy powiew towarzyszący sternikowi i widok pierwszych przyjaznych gwiazd. Antek natomiast nie chciał patrzeć na jacht, wpatrywał się teraz w stronę, ku której zmierzali, pogrążająca się w mroku i coraz bardziej złowieszcza przestrzeń nasuwała pandemoniczną wizję chaosu.

- Tak trzeba - powiedział kapitan
- Wiem - odpowiedział konstruktor tego już nie jachtu, ale rozmowa z przyjacielem była kojąca i ponownie rozmawiał z Krzysztofem, którego dobrze znał. Za rufą rozciągała się wspaniała paleta spokojnych i ciepłych barw pełna idyllicznego ładu i ideałów rodem z tragicznego Olimpu.

         Zapadł zmrok, na mapie zaznaczeni zostali po raz pierwszy poza granicami Polski. Lecz okrzyk radości podnieśli dopiero po sprawdzeniu obliczeń przez wszystkich. Cieszyli się sukcesem, który nie był pewny ze względu na niepełne dane i na pewno przepołowiony syrenią pieśnią przyszłości. Po krótkim święcie, uczczonym paroma kęsami z puszek, ster objął Alek. Krzysztof i Sławek przyłożyli głowy do ramion i utuleni zaciskającą się pętlą niepokoju próbowali odpocząć, czujni swoim zmęczeni i znużeni czujnością. Nie wiedzieli czy zasnęli i jak długo trwało owo ożywcze otępienie, z którego wyrwał ich alarmowy głos sternika. Obudzili się i zostali oświetleni przez lampy dużego statku znajdującego się około sześciuset metrów od nich. Światło padające z dziobu pozwoliło na odczytanie nazwy polskiego transatlantyka. Statek wytracał prędkość i zatrzymał się na tyle blisko, że byli pewni, iż oto dotarli do końca swojej podróży. Za burtą znalazły się mapy, kapitan w ręku trzymał kompas, aby móc za chwile złożyć go w objęciach Neptuna. Na pokładzie dojrzeli nerwowo biegających marynarzy, na tle świateł ludzkie sylwetki nie wyglądały groźnie, czekali co się teraz stanie. Wyluzowali żagle i dryfowali, przeszyci okrutnym smakiem jałowości i bezsensu ucieczki zakończonej najbanalniej jak to tylko możliwe. Zatonęli w wieczności chwili, stali czując zwały, jakimi zalewani byli przez ciemność ich jedyną sojuszniczkę, może wiec spróbować coś zrobić? Tymczasem ze statku doszedł ich donośny gwizd i usłyszeli wzmożoną pracę silników, okręt przemknął obok nich oświetlając oniemiałych uciekinierów do momenty aż znalazł się sześćset metrów za rufą. Wszyscy trzej odetchnęli z ulgą, spojrzeli za burtę gdzie nie było już map. Krzysiek czuł od razu, co robić. Rozłożył papier na gretingu i przy użyciu najprostszych narzędzi odrysował potrzebną im część morza, którą tak dobrze znał w teorii. Widział ten fragment wielokrotnie, doskonaląc na nim swoje umiejętności i utrwalając jego odbicie w sobie. Mapa nie była dokładna, ale swoją pozycje znali również tylko szacunkowo. Po tym wydarzeniu ster przejął Sławek, płynęli teraz półwiatrem, który co i rusz przekształcał się w szkwał sprawiający, że szli coraz ostrzej. Około godziny piątej śpiącą część załogi obudziło potężne szarpnięcie, przez pokład przelały się potężne połacie wody zalewając wszystko i złowieszczo osadzając się na dnie. Krzysztof zasiadł przy sterze, zrzucili przedni żagiel a powierzchnie grota zmniejszyli najbardziej jak tylko pozwalała na to sterowność jachtu. Wody w kokpicie przybywało, dzielnie walczył z nią Antek, niestety przydatne do wylewania wody okazało się tylko jedno narzędzie. Fale wlewały się od dziobu, przecinane przez oś jachtu mściły się depcząc całuny nadziei. Sławek usiadł więc z przodu jachtu, przywiązał się do sztagu i własnym ciałem zasłaniał ich wspólną wyprawę. Krzysiek robił, co mógł, aby utrzymać łajbę na kursie. Każdy poryw wiatru ponosił ze sobą ich siły, każda fala dusiła ich możliwości. Z czasem walka toczyła się coraz bardziej o życie niż o cel. Przejmująca spłata długu wobec okrutnego żywiołu trwała wieczność, wieczność zawartą w trzech godzinach bezdusznego zegarka, który czas odmierza bez względu na skutki. Wraz z pierwszym światłem poranka morze zaczęło się uspokajać. Byli we wnętrzu świadomości świata, nie znając swojego położenia, lecz zatracając się w koniecznym przypadku, wszelkie próby ustalenia własnej tożsamości były bezcelowe. Jedyne, co mogli to płynąc dalej, bezdenne morze umarło. Przez pól godziny trwali w milczeniu, próbując pozbierać myśli. W oddali pojawił się charakterystyczny kształt rybackiego kutra z duńską banderą, na burcie odczytali nazwę portu macierzystego- Nexo. W tym momencie na wygiętym relingu usiadł ptak, prawdopodobnie drapieżny, przyleciał z południa i najpewniej zmierzał w stronę lądu. Musieli być, więc blisko Bornholmu. Radości swojej nie mogli okazać ani wypowiedzieć. Spojrzeli na skrzydlatego gościa, dzielącego z nimi dolę rozbitka w drodze. Ptak wzbił się do lotu zbyt szybko i zmartwili się jego losem. Rozmowę na temat szans niezwykłego towarzysza przerwał widok świateł i zarys lądu.

- Na pewno sobie poradzi – powiedział Krzysiek.
- Masz rację, a my - spytał Sławek.
- No, co ty teraz to już tylko życie.
- Tak, nareszcie jesteśmy wolni.
- Zawsze byliśmy – słowa Alka wydały się znaleźć zrozumienie wśród towarzyszy, zauważając to dodał. - Robimy to, co uważamy za słuszne, a słuszne jest dlatego, że to robimy. Nasza wolność jest w nas. Jesteśmy wolni, bo myślimy o wolności, nikt nam nie może zabrać naszej swobody, jedynie my sami możemy ją zatracić. Czując, co jest słuszne czynimy to dobrym i pragnąc tego sprzymierzamy sobie bezkresy. - Teraz wszyscy wiedzieli, co będzie dalej i po chwili byli już w porcie. Schodząc na keje, aby udać się do bosmana zauważyli ptaka siedzącego na palu wbitym w brzeg.

- No jednak mu się udało – powiedzieli równocześnie czując nadal kołyszącą falę, którą się stawali, lecz nie bali się już zostać poniesionym w otchłań. Czuli się wolni, bo dokonywali wyboru swojego zniewolenia.

***

         Młody stolarz przechodząc tłustą i lepką ulicą, zatrzymał się obok kiosku, ścisnął rękę swojego syna, aby upewnić się, że na pewno ma go przy sobie. Trzykrotnie przeczytał tytuł i początek artykułu o wypadku jachtu na polskich wodach terytorialnych. Spojrzał na syna, zmęczony chłopiec słodkim wzrokiem wymusił, aby ojciec wziął go na barana. Antek uśmiechnął się i myśląc swobodnie, otwarcie marząc w ukryciu, wyszeptał:

- A jednak im się udało.