Wiesław Cybulski
 
Kalmarsund - rejs w 2005
 
s/y "Free. Dom"
 powrót
 
Wiesław Cybulski s/y "Free.Dom"

Kalmarsund - rejs w 2005

   W tym roku postanowiliśmy zwiedzić Kalmarsund. Załoga "Free. Dom'a" trzyosobowa - moja żona Teresa( bez stopnia żeglarskiego ale jest świetnym nawigatorem, bo to jej pasja i najlepszym w załodze meteorologiem ) syn Marcin (15 lat ż.j.) i ja ( st.j.). Wyruszyliśmy w sobotę 30.07.05 o 1257 z zamiarem dotarcia do Władysławowa. Wiało dość korzystnie z SW a później z W, więc w pobliżu Helu byliśmy przed 1500. Tu nastąpiła "akcja ratownicza". Wypadła za burtę gąbka do mycia kokpitu (moja ulubiona!!!). Postanowiłem ja wyłowić trenując przy okazji alarm MOB!! Dzięki GPS'owi udało się ją odnaleźć i "uratować".

   W tym czasie wiatr zmienił się na W, z obliczeń wynikało, że do Władka dotarlibyśmy około północy. Zamierzaliśmy się dobrze wyspać, aby wyruszyć rano i do Kalmarsundu dotrzeć w dzień, postanowiliśmy więc przenocować na Helu

   Rano o 0600 odprawa u Bosmana (sprawdził KB) i w GPK ( sprawdził paszporty, a załogę na odległość bo trochę popadywało) i wypływamy – oczywiście tradycyjnie zgłoszonym portem docelowym jest Sasnitz – wiadomo kreska „20Mm”.

   Wieje z W bardzo marnie, więc podpieram się silnikiem. Około 1100 na wysokości Kuźnicy podpłynął do nas kuter Straży Granicznej wypytując z burty o stan załogi i port docelowy. Wszystko OK.

   Odbierane na UKF’ce prognozy pogody z Witowa ostrzegają przed silnym wiatrem. W odległości ok. 25 Mm od brzegu ściągam jeszcze prognozę ICM na laptopa przez GPRS ( to niesamowite – ponad 40 km od brzegu a Nokia 6310i z dodatkową zewnętrzną antenką łapała kontakt z lądem!?!) i rzeczywiście w rejonie, w który płyniemy, czyli w okolicach Karlskrony, ma jutro wiać ponad 12m/s Pod wieczór zaczynają się gromadzić burzowe chmury. Przezornie refuję grota aby potem w silniejszych szkwałach nie szarpać się niepotrzebnie. Zauważamy w oddali pierwsze błyskawice. Nastąpił wzrost siły wiatru i zmiana kierunku na N i NE. Zaczęło padać ok. 1800, a zaraz potem - dogoniło nas - burza!!! Dobrze, że grot był zarefowany. Prędkość 5 – 6 kn. Po 2030 burza przechodzi, wiatr zmienia się na E ok. 2B i powoli ale stale rośnie skręcając na SE. Po zapadnięciu zmroku wieje już dobre 4 – 5 B, wybudowuje się fala. Pełnym baksztagiem idziemy ponad 6 kn. Fala od rufy powoduje dość znaczne przechyły boczne, trzeba sterować bardzo czujnie aby nie zrobić niekontrolowanej „rufki”. Robi się bardzo ciemno. Wieje coraz mocniej. Postanawiam zrzucić grota. Na samej genule zasuwamy nadal ponad 6 kn, ale jazda jest spokojniejsza, dużo mniejsze siły na sterze, nie ma obawy o przerzucenie bomu.

   Idę spać. Teresa i Marcin dostają polecenia: budzić w przypadku zauważenia jakichkolwiek świateł, dramatycznej zmiany wiatru lub fali, innych niespodziewanych wydarzeń i mają, pod jakąś straszliwą karą, zakaz odpinania szelek!!

   Nad ranem wiatr SW wzrósł wg wiatromierza do 6 – 7 B. Wybudowała się duża fala. Regularna ok. 2 – 2,5m, ale co jakiś czas zdarzają się i 4m. Wiatr skręca coraz bardziej na W. W bajdewindzie zaczynamy walczyć z falą. Prędkość spada. Jacht radzi sobie bardzo dzielnie mimo, że fala tarmosi nas niemiłosiernie. Czasami na pokład wchodzą załamujące się fale ( owiewka, to jest to!!), ale generalnie żegluje dość sucho.

   Sterując trzymam się za kosz rufowy. W pewnym momencie przy dużym przechyle... trzask!! Urwała się śruba (M10) mocująca przedni słupek kosza rufowego. Hmm... nie powinna!!

   Od 0900 do 1600 warunki stabilne ale dość trudne.

   Muszę napisać o dwóch zdarzeniach, które nas „wzruszyły”. Około 20 Mm od Olandii jest 10 milowej szerokości tor statków („autostrada”) po którym, jak mówi mój Marcin statki zakindzialaja jeden za drugim. Z lewej burty na kursie kolizyjnym pojawił się jakiś szwedzki statek. Już wydałem polecenia przygotować się do zwrotu, gdy zobaczyłem, że statek zmienił kurs aby przepuścić nasz ciężko pracujący na fali jacht. Dwie godziny później, z prawej burty, manewr zdecydowanego zmniejszenia prędkości zastosował statek ( rosyjski „Wołga”) aby nas przepuścić przed swoim dziobem. STATKI NIE ZMIENIAJĄ KURSU ANI NIE ZWALNIAJĄ... ale jednak czasami...

   Wchodząc powoli w Sund fala zmniejszała się a podchodząc do lądu osłabł również i wiatr. Przed 2000 zacumowaliśmy w Kristianopel. Kolacja, toast „za cudowne ocalenie”, kąpiel i spać. Rano pożyczyłem od bosmana wiertarkę i naprawiłem kosz, Marcin naprawił zerwaną szeklę przy obciągaczu bomu i zniszczoną osłonę ściągacza przy „babysztagu”, Teresa wysuszyła wszystkie przemoczone ciuchy. Po południu kurs na port Bergkvarą - niecałe 10 Mm. Pływanie po Kalmarsundzie jest rzeczywiście dość łatwe. Trzeba oczywiście uważać i trzymać się torów podejściowych aby nie wpakować się na jakiś podwodny kamień ale oznakowanie jest bardzo dobre co w połączeniu z aktualnymi mapami daje bezpieczną żeglugę. Zawsze jest w pobliżu jakiś zawietrzny port, fale jak na Zatoce Puckiej.

   Bergkvara ma dwa podejścia – południowe łatwiejsze i północne, które zostawiliśmy sobie na jutro rano. Rzeczywiście, wychodząc z Bergkvary północnym podejściem trzeba bardzo dokładnie trzymać się wyznaczonego toru powykręcanego miedzy skałami.

   W ramach zwiększania poziomu adrenaliny w powrotnej drodze do Polski, zaliczyliśmy ponownie to północne wejście, ale w nocy. Marcin na dziobie wyszukiwał silnym reflektorem bojek(tyczek) torowych i bramek (mają one paski odblaskowe więc po oświetleniu doskonale je widać), a Teresa sprawdzała na c-mapie czy wszystko jest OK. Było OK.!!

   Z Bergkvary popłynęliśmy do Faerjestaden już na Olandii. W Faerjestaden jest nowiutka powiększona marina, zaplecze sanitarne, wszystko oddane do użytku pewnie w tym roku. Następnego dnia rano skok do Kalmaru na trzy godziny, tankowanie paliwa i ruszamy do Borgholmu obejrzeć rezydencję króla.

   Po drodze chcieliśmy odwiedzić malutki porcik Revsudden na wyspie Skaeggenaes. Podchodzimy, odpalam silnik, zrzucamy żagle, mała naprzód, dodaję gazu a silnik dalej pracuje na wolnych obrotach. Ohh... urwała się linka gazu. Dobrze, że nie w jakichś ciężkich warunkach. Wchodzimy do portu na foku i silniku na wolnych obrotach. Naprawa trwała trzy godziny – skróciłem pancerz linki, usztywniłem zwiniętą w rulon blaszką miedzianą, zakułem na nowo końcówkę w nawierconym otworku i OK. Idziemy dalej. Do Borgholmu podejście jest łatwe, podchodziliśmy prawie nocą.

   Tu napiszę parę słów o dzienniku jachtowym, który prowadził Marcin. Niestety dziennik mamy nieprzepisowy, bez złoconych na niebieskich okładkach liter. Zajrzałem do dziennika i mówię: „ Marcin co Ty mi tu za pierdoły wypisujesz? Co ja później z tego będę wiedział? Ja chcę wiedzieć też gdzie jest jakieś fajne miejsce, co się ciekawego wydarzyło, a Ty mi piszesz jaka jest widzialność, zachmurzenie, stan morza, jakie żagle postawione itd. Po co nam te informacje w Kalmarsundzie?” Od tego czasu Marcin zapisywał między innymi takie informacje jak np. .”Dzisiejsze osiągnięcia: świetne placki ziemniaczane na obiad”

   Następny port to Sandvik z największym wiatrakiem na Olandii, „super-atrakcyjną” kamienistą plażą, i betonowymi umocnieniami w charakterze bunkrów. Płynąc do Sandvik mieliśmy fordewind więc postawiliśmy dwie genuy (mam sztywny sztag z dwiema likszparami). Ster można wtedy puścić. Jacht idzie jak lokomotywa po torach.

   Pogoda się zaczęła psuć. Trochę popadało w dzień, a w nocy w Byxelkrok lało dość mocno. Porcikiem, który nas oczarował był następny – Nabbelund. Duża spokojna zatoka na samej północy Olandii i port w którym byliśmy jedynym jachtem. Poszliśmy na 20 kilometrowy spacer do lasu TROLLI. - powykręcane przedziwnie drzewa robią niesamowite wrażenie.

   Następny dzień to 41 milowy skok na Gotlandię do Visby. Akurat 7 sierpnia rozpoczął się tam festyn Wikingów. Po mieście chodzą poubierani w średniowieczne stroje mieszkańcy i przyjezdni. Atmosfera wielkiej zabawy. Visby to przeurocze miasteczko z własnym niepowtarzalnym charakterem. Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na jacht „Helius” obok którego zacumowaliśmy. Członek ich załogi Piotrek. obchodził właśnie urodziny. Wzięliśmy ze sobą gitary (mamy na jachcie dwie gitary i prawie każdego wieczora „tniemy” sobie z Marcinem bluesa i rocka) ale z szant znamy tylko nieśmiertelną „Keję...”, „Dzikiego Włóczęgę” i „10 w skali Beuforta”, więc nie pośpiewaliśmy zbyt długo.

   A propos: W czasie naszego rejsu w Szwecji spotkaliśmy trzy polskie jachty. „Polski Len” w Kalmarze, „Helius” w Visby i „Dragon” pod Kalmarem. Mało!!! Za to Niemców, Holendrów i Duńczyków – w sumie więcej niż Szwedów. I jeszcze jedno spostrzeżenie. Najszybciej nawiązuje się kontakty właśnie z Niemcami, Holendrami czy Duńczykami. W każdym porcie można było z nimi o czymś pogadać. Szwedzi są raczej chłodni i nieskorzy do takich rozmów.

   Następnego dnia rano przeanalizowaliśmy dokładnie sytuację baryczną. Wniosek -musimy szybko wracać na Olandię! We wtorek miało nastąpić załamanie pogody. Głęboki niż wyraźnie informował o zbliżających się silnych wiatrach.

   Do naszego ulubionego Nabbelund w zatoce Grandkulavik przybijaliśmy w nocy. Stały już tam dwa jachty.

   Wtorek przywitał nas deszczem i bardzo silnym wiatrem. Dobrze było stać w takiej zacisznej zatoczce. Po południu wybraliśmy się na wycieczkę do latarni Long Erik. Po drodze przez las nazbieraliśmy całą siatkę grzybów. Super.

   Przy latarni mierzyłem prędkość wiatru. Przekraczała 14m/s. Dwa dni później dowiedziałem się, że w tym właśnie czasie „Rzeszowiak” przeżywał swoją tragedię.

   W środę wiatr zelżał i w zupełnie dobrej pogodzie ruszyliśmy do Monsteras. Miał to być najdłuższy „fiord” w tym rejonie. Może i najdłuższy, bo piłowaliśmy na silniku chyba z półtora godziny, ale to nie fiord. Przecież jak byłem w Norwegii to fiordy mi z ręki jadły, więc chyba wiem jak wyglądają!

   Następnego dnia chcieliśmy dojść do Gronhogen (ostatni port na południu Olandii), ale rosnący wiatr SW i coraz większa fala zniechęciła mnie do próby wejścia bardzo późnym wieczorem do nieznanego nawietrznego portu przy dużej, bo już rozpędzonej z Bałtyku fali. Wybraliśmy nocne wejście do Bergkvary, o którym pisałem powyżej.

   Wieczorem, prognozy pogody, które otrzymywaliśmy SMS’ami, określały na 12.08 wiatr W do 9m/s, i pozwoliły podjąć decyzję – płyniemy jutro do Łeby (107 Mm) Wyszliśmy z Bergkvary po 1200 a w Łebie byliśmy około 0900. Niecałe 21 godzin. Średnia prędkość powyżej 5kn. Cała droga półwiatrem prawego halsu. Oczywiście na otwartym Bałtyku znowu pojawiły się większe fale, ale nie takie jak poprzednio.

   W Łebie spotkaliśmy czekających na poprawę pogody przyjaciół. Wybierali się na Bornhom i do Karlskrony. W niedzielę rano wypłynęliśmy z Łeby -oni obierając kurs 300, a my 070 do domu. W poniedziałek przy słabnącym coraz bardziej wietrze dotarliśmy do Gdyni o godz. 1800.

   O jeszcze jednym chciałbym napisać. Przypływając do Szwecji pierwszym naszym portem był Kristianopel. Nie jest to tzw port wejścia. Zgłosiłem się z tym problemem do miejscowego, bardzo sympatycznego bosmana, który mi dobitnie oświadczył: „ Ja nic o tym nie chcę wiedzieć!!” W następnym porcie poszliśmy do miasta w poszukiwaniu Policji. Gdy zapytałem w jakimś sklepie o „Police office” facet zbladł i przerażony zapytał: „A co się stało?”. Gdy mu wyjaśniłem o co chodzi powiedział, że nie stać ich na utrzymywanie posterunku policji w tym miasteczku i najbliżej to w Kalmarze. Można oczywiście wezwać policję telefonicznie, ale kiedy przyjadą nie wiadomo. OK pomyślałem, zrobię zgłoszenie przybycia w Kalmarze. W Kalmarze w „Information office”, przemiły i dowcipny pracownik wyjaśnił mi, żebym sobie odpuścił kontrolę policji, bo jak teraz się do nich zgłoszę to załatwią mnie najwcześniej za 5 godzin, a jak ja nie mam zamiaru zostawać tu na dłużej to nie zawracajmy sobie nawzajem głowy. Ok. myślę, będziemy w Szwecji nielegalnie. No ale w Visby w porcie jachtowym nadzieja zalegalizowania naszej obecności w Szwecji znowu mi zaświtała. Jest tam „Passport Control Office” czy coś takiego. Idę rano do nich z paszportami w ręku a tam... Office czynne od 13:00 do 14:00. Mam czekać cztery godziny aby jakiś Szwed spojrzał w nasze paszporty?? O nie, nie mam czasu!!

   Znaczy, byłem ja w Szwecji czy nie byłem???