„Fotografa przy tym nie było”. Tak zatytułowana była przed laty rubryka w jednym z tygodników. Rysownik przedstawiał w niej zdarzenia, których nie mógł uwiecznić obiektyw. Teraz prawie każda nowoczesna komórka ma wbudowany aparat fotograficzny. Wystarczy sięgnąć po niego, by pozostał zapisany w pikselach namacalny ślad. Jednak często, kiedy bywamy świadkami sytuacji dziwnych, z udziałem sił prawie, że „tajemnych”, to aparat gdzieś się zapodziewa. Dlatego również teraz można usłyszeć tak wiele nieudokumentowanych opowieści z morza. Słynny Trójkąt Bermudzki, sprowadzający żeglarzy w niezbadane wymiary czasoprzestrzeni, jest tego najlepszym dowodem.
Mimo egipskich ciemności i poświstywania wiatru w załomkach sztormiaka przy uszach, wymiar rzeczywistości, który zastaję po przejęciu wachty, wydaje się być jak najbardziej realny. Pełnię ją z Damianem. Natomiast kapitan, asystujący poprzednio przy manewrach, analizuje pod pokładem warunki, w jakich znalazł się jacht po zmianie kursu.
Damian, mimo że to jego pierwszy rejs, całkiem dobrze daje sobie radę ze sterowaniem. Jednak teraz buja nami zdrowo i można mieć wątpliwości czy uda nam się dużo utargować od wiatru. Mam świadomość większego doświadczenia niż on. „Jagiellonia” bardzo tępo chodzi na fali, więc to ja spróbuję pokazać, na co ją stać!
- Pozwól, że stanę na sterze, bo po zwrotach trzeba działać trochę na wyczucie - zarządzam przejmując szturwał od Damiana.
- Spróbuj płynąć 240 - słyszę spod pokładu głos Andrzeja.
- Zobaczymy, za chwilę powiem, co da się utrzymać na kompasie - odpowiadam.
Jednym okiem spoglądam za burtę, drugim na żagle, tym pierwszym na kompas, drugim na wodę, potem zerknięcie na grota, dalej na busolę...
- Cholera, coś jest nie tak - mruczę pod nosem.
- Leszku, co ty wyprawiasz! Za chwilę będziesz płynął w przeciwną stronę, co Jędrula na poprzedniej wachcie - słyszę spod pokładu.
Dobrze mu mówić. Jak tylko próbuję utrzymać kurs, to zaczyna się „polka”. Jak gdyby kierunek wiatru zmieniał się co sekundę. To, co przed chwilą było jeszcze możliwe, za moment wprawia żagle w łopot. Po chwili jest zaś odwrotnie. Dostajemy zdrowego „kopa”, więc staram się podostrzyć. Kiedy chcę utrzymać nowy kurs, to na odmianę jacht staje w miejscu i taniec rozpoczyna się od początku. Okropna sytuacja. Wprawdzie Damian dyskretnie milczy, ale widać, że z minuty na minutę tracę prestiż. Oto „Pierwszy”, specjalnie ściągnięty z Polski, by wzmocnić załogę swym doświadczeniem podczas dłuższego morskiego przelotu, ma kłopoty ze sterowaniem!
Może zawodzi moja technika lekkiego poddawania się siłom odczuwalnym na płetwie sterowej? Może trzeba silniej opierać swe ciało o szturwał i blokować jego szczątkowe ruchy? Stoję na mocno rozstawionych nogach, wciskając biodro między wystające handszpaki. Trzeba mocno pracować sterem, bo stroma, krótka fala nie daje wyboru. Przede mną jest teraz „żywioł”... no i chęć odbudowania nieco nadszarpniętego prestiżu.
- Leszku, kurs jaki zostawia „Jagiellonia” to istny slalom. Tak nie można płynąć - głos Andrzeja jest już bardzo rozdrażniony.
- Słuchaj, nie wiem co się dzieje, to ta zawierucha tak kręci - odpowiadam.
- Dziwne, na poprzednim halsie dało się jakoś utrzymać kierunek - Andrzej ponawia zastrzeżenia. - Przestań patrzeć na wiatr, obierz jakiś kurs i płyń prosto.
- ...
- No kręcisz! - Jego głos wyraża już najwyższą dezaprobatę.
Sam nie wiem co robić. Jestem świadom sytuacji, ale więzi mnie całkowita bezsilność. Wokół głębokie ciemności, gwiazdy nad głowami zakryte są grubą warstwą stratusów. Jedynie gdzieś w oddali majaczy światło burtowe jakiegoś statku. Już od dłuższego czasu zastanawiałem się czy nas dogania czy też jest przed nami. To świadczy wyraźnie o myszkowaniu naszego jachtu. Może sterować według tej nikłej kropki, mimo że na trawersie? Tego chyba jeszcze nikt rozumny nie proponował. Nie mam jednak wyboru. To jedyna szansa ustabilizowania kursu.
- No wiesz, teraz jest zdecydowanie lepiej - zauważa Andrzej.
Nie przyznaję się do swego „patentu”, jednak myśli zaczynają pracować na pełniejszych obrotach. Cóż może to znaczyć? Płynę podobno prosto, natomiast róża kompasu wyczynia w dalszym ciągu dziwaczny taniec. Nawet znaczny rozkołys morza nie usprawiedliwia nieskoordynowanego uciekania tarczy raz w jedną, raz w drugą stronę!
Już wiem, to DEKLINACJA, to te nie do końca zbadane siły we wnętrzu Ziemi odpowiedzialne są za wszystko. Wirnik roztopionej magmy, przyległy jądru Ziemi, wytwarza pole magnetyczne. Brak do tej pory klarownego wyjaśnienia, dlaczego w niektórych miejscach kuli ziemskiej kierunek do bieguna magnetycznego odbiega od tego, co obok. Gdzieś tam przyczyną tego są podobno znaczne złoża magnetytu, gdzie indziej grubość skorupy ziemskiej. Na krakowskim Wzgórzu Wawelskim jest to podobno tajemniczy „czakram”. Pseudonaukowa literatura podaje, że cała powierzchnia skorupy ziemskiej opleciona jest siatką anomalii. Największa z nich, gdzie deklinacja wynosi zero, to osławiony Trójkąt Bermudzki. Nasz rodzimy Bałtyk posiada również swój tajemny węzeł w okolicach Bornholmu. Czemuż by tu, gdzieś lokalnie na Morzu Północnym, nie miał znajdować się podobny?
- Słuchaj, tu musi być coś pokićkane z magnetyzmem, to kompas tu szaleje - konstatuję. -No tak, przecież właśnie w Norwegii i Szwecji mogą być w przybrzeżnych szelfach znaczne złoża magnetytu - dorzucam po chwili.
Uf! To na szczęście nie ja. To być może kolejne nieodkryte jeszcze bogactwo Norwegii.
Zdaję ster Damianowi, zlecając sterowanie „jak się da” i schodzę do nawigacyjnej. Na ekranie pokładowego komputera widać ślad pozostawiony przez „Jagiellonię”. Przypomina on jeden niesamowity hieroglif. Tak wielkich odchyłek się nie spodziewałem. Cóż musiał myśleć o mnie Andrzej, nim sprawa się „wyjaśniła”!
* * *
Zaczyna lekko świtać. Pozostaliśmy z Damianem na wachcie sami.
Nie należy on do osób rozmownych, jednak tym razem przerywa milczenie.
- Wiesz, całkiem dobrze mi się steruje i utrzymuję bezproblemowo kurs.
Rzeczywiście, szybkość jachtu wyraźnie wzrosła. Top masztu krąży we w miarę stabilnej pozycji względem skłębień nisko zawieszonych chmur. Tym lepiej.
- Takie anomalie magnetyczne, nigdzie nie zaznaczone na mapach, nie powinny mieć znacznych rozmiarów - odpowiadam.
Mijają minuty i zgodnie z ustalonym rytmem, zbliża się moje pół godziny sterowania. Jest już prawie całkiem jasno. Spoglądam Damianowi przez ramie. Ładnie trzyma kurs.
- No, a jak to będzie teraz ze mną? - Z lekkim niepokojem stawiam sobie w myśli pytanie.
Ważne, aby nie rozbujać stabilnego kursu. Staję więc nad Damianem w rozkroku. Wszystko w porządku, kurs trzyma równo i róża kompasu prawie, że nie ucieka na boki. Przejmuję ster. Damian prześlizguje się pod moim ramieniem i mogę wskoczyć na jego miejsce. Teraz ja!
Hę...?
Przecieram oczy ze zdumienia.
...?
Ten cholerny... cholera... szlag mnie trafi!
Ruch moich bioder w kierunku kompasu powoduje ucieczkę z kursu, mimo że jacht ani na centymetr nie zboczył! To ja jestem zboczony? Kolejne próby wykonywania „dziwnych ruchów” potwierdzają spostrzeżenie. Dewiacja związana jest ze mną! To ja, opierając się biodrami mniej lub bardziej na kolumnie kompasu, wprowadzam całe zamieszanie. Macam okolice swych bioder i znajduję „ostatecznego” winowajcę. To moja komórka, przypięta do paska, jest źródłem magnetycznych anomalii. Nie ma wątpliwości, ściągnięta z bioder jest w stanie obrócić różę kompasu prawie o 180 stopni. Wszystkiemu winna jest dewiacja lub delikatnie mówiąc obsesja… trzymania fotograficznej komórki w pogotowiu.
* * *
Na kei obok jachtu piętrzą się stosy słoików z ogórkami i sałatkami konserwowymi. Nowa załoga ma wszystko, czego tak bardzo brakowało w naszym menu.
Jak zwykle następuje tradycyjne przekazanie swoich doświadczeń następcom. Co przecieka, gdzie i kiedy się blokuje, jak zapobiegać...
Czuję się również zobowiązany przekazać swoje „komórkowe” spostrzeżenia. Siedzę w kokpicie obok młodej dziewczyny i chcę przed nią zabłysnąć. Jestem trochę dumny ze swego odkrycia. „Wpływ komórki na drgania kursu w trudnych warunkach sztormowych”- to mógłby być nawet temat badań naukowych do zadeklarowania dla naszej wyprawy.
- Wiesz, o tym powinni informować na wszystkich kursach żeglarskich - rozpoczynam. - Wraz z pojawieniem się „komórek” powstał nowy problem dla sternika. Popatrz...
Wyciągam swoją komórkę z kabury przy pasku i zbliżam do róży kompasu.
Co...???
Igła ani drgnie, mimo że głaszczę słuchawką telefonu po obudowie. Czary? Gdzież podziała się antena ferrytowa, oddziaływanie fal elektromagnetycznych?
No tak! To nie wpływ komórki, tylko jej kabury! Przecież ona ma klapkę, we wnętrzu, której znajduje się magnetyczna plakietka, tak skutecznie zamykająca pokrowiec!
Przypomina mi się czytany w młodości „Piętnastoletni Kapitan” Juliusza Verne. Był tam niedobry Negoro, który siekierą położoną obok kompasu sprawił niemało zamieszania. Zastanawiam się, co lepsze: czy taka dewiacja, czy też ryzyko zaginięcia w jakimś niezbadanym trójkącie czasoprzestrzeni. Czy nie kusząca byłaby możliwość przesłania stamtąd jakiejś rewelacyjnej fotki?
Czy takie myśli to już fotograficzna dewiacja?